Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Rozmowa:Przemek Witkowski/Wywiad z Andrzejem Sosnowskim dla kwartalnika RED

(Przekierowano z Poezja masowa)

O czym mowa

Spis treści

Zagajówa

Niby tutaj Andrzej Sosnowski ogłasza, że nie ma sporu, że spór był 200 lat temu, a potem dogorywał. A ja sobie tak myślę, że pole sporu jest i to bardzo wyraźnie widać w tym wywiadzie. Jest bowiem stwierdzenie pana Andrzeja:

Wydaje mi się że Igor Stokfiszewski ma prawdopodobnie bardzo szerokie pojęcie literatury, czy też tego, co uważa za literaturę. Innymi słowy, dla niego wszystko, co zaangażuje się w jakiś sposób społecznie, może jeszcze ponadto być literaturą. Ja mam wrażenie, że to, co jest interesujące w literaturze – dla mnie – odbywa się poza jakimkolwiek istotnym kontekstem społecznym.

oraz dalej Wszelka walka o umasowienie poezji jest jej przeinaczaniem. To jest właśnie jądro autentycznego sporu o współczesną poezję: czy da się tworzyć poezję masową? Wycieczki zaś Igora Stokfiszewskiego w kierunku tematów społecznych to jeden ze środków do tego celu.

Mamy zatem zdanie: umasowienie poezji jest jej przeinaczaniem. A ja się pytam: z jakiej racji? Przecież poezja bywała masowa i nie było to wcale ze szkodą dla jej bogactwa, wyrafinowania czy też zwykłego (a czasem niezwykłego) piękna. alx d

Inny punkt widzenia (do którego sam się skłaniam) byłby taki, że masowe bywały, nazwijmy, pochodne poezji. I tak jest chyba i dzisiaj, przy czym w roli tych pochodnych występują np. teksty piosenek popularnych. -- Miłosz B

Że niby jak Grechuta zaśpiewał Niepewność, to od razu zmienił Mickiewiczowską poezję w pochodną? A jak potem zaśpiewał W malinowym chruśniaku, to wyprowadził z grona poetów Leśmiana? I te tłumy młodzieży zaczytujące się Stedem pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, bo kilka jego tekstów zaśpiewało "SDM", to też przepustka dla Edzia Stachury z "ogrodu koncentracyjnego"? alx d

Och, daj spokój, przecież obaj wiemy, że właściwe słowa piosenki śpiewanej przez Grechutę to były: "dabadaba, dabadabadaba, dabadabadajdaj" :) Reszta występowała w roli "hałasów gębowych", jak to nazywał F. Zappa, i tzw. memu kodującego przynależność słuchaczy i śpiewaka do klasy inteligenckiej. -- Miłosz B
To znaczy, zgadzam się, że w większości wypadków rzeczywiście tak, ale w niektórych wypadkach jednak słuchało się, a ta główna wątpliwość Niepewności ("czy to jest miłość...") weszła na stałe do repertuaru przysłów. A nawet jeśli założyć, że to jest trochę jak z tymi reklamami skorbolamidu, czy co tam teraz leci na TVP1, to przecież od tego więcej ludzi zagląda do pudełka, więcej czyta ulotkę, a niektórzy nawet zażywają. alx d
"Czy to jest przyjaźń" ;-)
-- Elka
He, he - powinienem chyba pójść się przespać (ciekawe tylko kiedy ;-) alx d
No właśnie, mamy "czy to jest miłość, czy to jest kochanie?", ale i "bądź wierny, idź!", "kamienie przez Boga rzucane na szaniec", "spisane będą czyny i rozmowy", "dzik jest dziki, dzik jest zły" itp. itd. Takie słowa skrzydlate są też częścią tego, co rozumiem pod pojęciem "pochodnej poezji" i stawiam tezę, że to właśnie ta pochodna miała i ma szansę być dobrem powszechnego użytku. -- Miłosz B
Ustalmy może najpierw, co rozumiemy przez poezję. Według mnie rozsądne jest rozumieć ją jako wypowiedź słowną, która opiera się na podziale wersowym i ma wartość artystyczną. Być może jest to pojęcie za szerokie, ale przyjmijmy choć przez chwilę, że tak jest. Karol Maliszewski podaje w dyskusji, do której mamy tutaj na tej stronie link, że pierwszy tom "Poezyj" Mickiewicza rozszedł się w nakładzie ca 200 egzemplarzy. Stanowi to dla niego argument, że poezja była sztuką elitarną. Nie konfrontuje tego jednak z wielkością nakładów innego rodzaju literatury w analogicznym okresie. Ja nie posiadam stosownych danych, ale śmiem podejrzewać, że inne gatunki literackie rozchodziły się wtedy w podobnych nakładach. Podejrzenie to wynika po prostu z istnienia bardzo niewielkiej bazy czytelniczej w tamtym okresie. I teraz moja teza jest taka - gatunki prozatorskie w XX wieku dostały ogromnego kopa co do rozmiaru czytelnictwa, natomiast gatunki poetyckie takiego kopa nie doznały. I to jest myślę coś dziwnego, bo sposób składania utworu nie powinien decydować o jego sukcesie. alx d
Nakłady powieści na początku XIX w. rzędu 200 egzemplarzy? No nie bardzo chce mi się w to wierzyć, póki nie zobaczę jakichś statystyk na ten temat. "Kop" popularności prozy, o którym piszesz, to raczej sprawa wieku XVIII (początki społeczeństwa przemysłowego) niż XX, tak mi się wydaje. Druga sprawa: sposób składania utworu często jest skorelowany z poziomem zaangażowania, jaki wymagany jest od czytelnika w czasie lektury. W pociągu chętnie przeczytam opowiadania ze starego numeru "Fantastyki" (mam taką budkę na Centralaku, gdzie kupuję stare numery za pół ceny przed podróżą) natomiast gdybym się w tym czasie wkręcił w jakieś naprawdę intensywne wiersze, to jest duże prawdopodobieństwo, że zapomniałbym zabrać walizy, wysiadając. Dlatego tego nie robię. -- Miłosz B
Tutaj jest jeszcze jeden niuans - ja wcale nie jestem pewien, czy w tym czasie istniały jakieś powieści po polsku. Choć to odrobinę porównywanie smaku jabłek ze smakiem gruszek, to na tej stronie jest informacja, że nakład znaczącego pisarza w okresie późniejszym o kilkadziesiąt lat i na rynku dużo bardziej rozwiniętym niż nasz (Anglia) wynosił 800 egzemplarzy. To chyba daje jakieś wyobrażenie i porównanie i choć nie dowodzi tezy, że nakład Mickiewicza był duży, to ją jakoś tam uprawdopadabnia. Co zaś do czytania wierszy w pociągu, Przyboś w jednym ze swoich esejów napisał, że przeczytał podczas jednej podróży wszystkie wiersze Słowackiego. Z moich lektur wynika, że poezja romantyczna jest o całe eony mniej esencjonalna niż poezja współczesna. Może w "wierszach do pociągu" o taki rodzaj wiersza chodzi - wiersz mniej esencjonalny, łatwiej pozwalający na oderwanie uwagi. alx d

Taka galeria dla mas. Znacie? Pewnie tak, każdy z nas przecież musi kupić od czasu do czasu buty, czy jakieś inne kawałki garderoby. Choćby i raz na parę lat, ale większość zdecydowanie częściej. A panowie od gospodarki wiedzą, rozpisują biznes plany, wmontowują kafejki, stawiają bilbordy a wszystko to z troską o masę, a jakże :) Z tej troski to nawet i w moim rodzinnym mieście w końcu został zlokalizowany Empik, z czego bardzo miałam się cieszyć, bo co chwycić to chwycić, co pomacać to jak ten chleb już sprzedane. I fajnie, bo czemu nie, w końcu będę mieć drogi realne do zakupu książek, nie tylko wirtualne. No to wciągam kiece i lecę rozpychać się między tymi masami a przy tym myśl, czy nie pożyczyć od siostrzenicy ochraniaczy na łokcie (potem prawie żałować, że się nie wzięło) Jeszcze tylko włączyć wewnętrzną automapę na wejściu do szklanego labiryntu i po chwili wciągać zapach kartek i farby drukarskiej, ach! To jest to, ten szał ciał wśród okładek, te wędrówki między działem a działem! A że docelowo na trasie miałam wpisane ”poezja” to kręcić się jeszcze przez chwilę między historycznym a fantastycznym, by zwątpić pomiędzy kilkoma działami z filmem a kilkoma z grami. A co się robi jak się wątpi? Ano, szuka ładnej pani. No to pytam; gdzie ten dział, na co pani ładna „proszę za mną” i prowadzi mnie w najbardziej oddalony od szyb zakątek, wskazuje na jedną z półek i mówi: „O, tu coś pani znajdzie. Do połowy półki” -- Joanna B

No właśnie - ja sobie tak myślę, że nieracjonalne jest zakładanie, że poezja, jako literatura specjalistyczna, będzie miała półkę tak wielką jak powiedzmy beletrystyka polskojęzyczna. Natomiast całkiem sensownym założeniem byłoby, żeby w księgarni miała półkę wielkości półki z inną literaturą specjalistyczną, np. z literaturą historyczną. Obecnie nie ma i tendencja jest taka, że wkrótce Szymborską, Miłosza i Twardowskiego będą mieszać z beletrystyką, a oddzielnej półki z "resztą" w ogóle nie będzie. Myślę, że o takim zdrowym poziomie masowości warto myśleć i mieć go na celowniku. alx d


No zażywają, bo działa podświadomość, informacje podprogowe, które zostały przesłane w formie reklamy (kolorowe obrazy, dźwięki łatwo wpadające w ucho jak i slogany.) I tak naprawdę niewiele osób sięgając po dany lek zastanawia się jakie on ma składniki, czy na pewno jest odpowiedni itd. Czy wobec tego powyżej chcemy, by poezja miała równie nieświadomego/masowego odbiorcę/konsumenta? -- Joanna B

A co do Mickiewicza i Leśmiana, ciekawa jestem bardzo, ile osób wie, że to Leśmian i Mickiewicz (no, może trochę więcej, że Stachura). Tak jak wątpię, żeby za dużo wiedziało, że Turnau śpiewa Cummingsa, Szymborską, Gałczyńskiego czy Lipską. Więc piosenki to żadne umasowienie poezji, bo świadomości brak (zazwyczaj).

Otóż brak, a dlaczego się nuci? Bo muzyka łatwiej wpada w ucho. I tak to działa, raczej coś na zasadzie szamana, który powtarza niezrozumiałe dla większości zaklęcia. -- Joanna B

No myślę, że w wypadku Turnaua zagląda się na autorów tekstów. A nawet jeśli to robi tylko część, to jest to lepiej niż gdyby nie zajrzeli, bo może nie zachęceni przez takie podanie nie zajrzeliby w ogóle. A z tą muzyką, to od zawsze tak było, że poezji z nią jest łatwiej (co nie oznacza, że poezja powinna wyłącznie z muzyką występować). alx d

Walka a umasawianie

Nie, alx, mamy zdanie" Wszelka walka o umasowienie poezji jest jej przeinaczaniem", a nie "umasowienie poezji jest" itd. To chyba jednak nie to samo.-- Elka

No, obawiam się, że oba te stwierdzenia są na poziomie "czy", a moim zdaniem niezależnie od tego, czy to "walka o umasawianie" czy samo "umasawianie" istotne jest pytanie o to "jak". alx d

Żeby to było jasne - nie chodzi mi o łapanie za słówka, tylko wydawało mi się, że „umasowienie” jest czymś już dokonanym, a walka zakłada jakiś trwający (a w dodatku moim zdaniem z góry skazany na przegraną) proces. Ale mniejsza o to. -- Elka

Czy szkoda?

Poezja jednak nie jest dla mas, a szkoda? -- Joanna B

Już nawet nie chodzi o ten "rząd dusz", ale o te dwa przykłady. Mam jakieś takie przekonanie, że gdyby w każdej z tych obyczajowych historyjek występował nie literat, a taki na przykład Tomasz Kammel, to konkluzja historyjki byłaby za każdym razem obawiam się inna.
  • Otóż kosulat RP we Lwowie odmówił w sumie utytułowanemu panu Prochaśce wizy, pomimo zaproszenia od polskiej państwowej instytucji kulturalnej na festiwal literacki.
  • Ostatnio pewien poeta, który napisał całkiem niedawno książkę o innym poecie, za którą dostał nawet jedną z dwóch największych nagród literackich w tym kraju udał się do urzędu, bo jacyś robotnicy zaczęli kopać nad grobem jego ojca - żołnierza AL. Udał się, bo niepokoiło go, że kopią nad jego ojcem i mogą go wkońcu wykopać. Pani ponoć sprawdziła tu i tam i wyszło jej, że w papierach nie ma tam grobu, więc następnego dnia wykopali anonimowe zwłoki z czasów II wojny światowej.
Czy szkoda? Tak szkoda mi tych wymienionych wyżej ludzi. Ale też szkoda mi tego, że pewna ulotna chwila, która zdarzyła mi się kiedyś na jakiejś zapadłej szwedzkiej wsi, zdarzyła mi się tylko raz - dzięki temu, że nasza poetka-noblistka jest/była tam dobrem masowego obrotu. Otóż, wysyłałem list na poczcie. Gdy pani w okienku dowiedziała się, że chcę do Polski, to wyciągnęła spod lady dwujęzyczne wydanie Wisławy Szymborskiej i przeczytała mi po swojemu, po czym poprosiła o przeczytanie po naszemu. alx d

Tak, wnioski są oczywiste. Ale cóż z tego, że wszyscy (tu) bylibyśmy za jeśli już nie "umasowieniem", to chociaż pewnym upowszechnieniem poezji? Walkę uważam za przegraną z góry. -- Elka

No dobra Aleks, ale wszyscy nie mogą być wybitni oraz znani i uznani, bo to by dopiero było! Świat na to jest za mały :) I jeszcze: No ale w tym przykładzie mówimy o korzyściach wynikających z masowości dla (tutaj tej wybitnej) jednostki a nie wiem, czy na tym ma polegać rola poezji ( i czy poezja ma w ogóle jakąś rolę albo chociaż ogród :) -- Joanna B

Nie mogą, co więcej można nawet próbować bronić tezy, że w danym okresie może być 3-4 (albo coś koło tego) znanych, wybitnych i masowych poetów. I to nawet, jeśli w porównaniu z poprzednimi epokami jest 10 razy więcej poetów wybitnych według jakichś tam dowolnie ustalonych obiektywnych kryteriów. Myślę, że nie chodzi mi o to, żeby wszyscy byli tymi sławnymi-wielkimi, myślę natomiast, że niezdrowa jest sytuacja, gdy z góry zakłada się, że masowość jest be. Dobra byłaby natomiast sytuacja, gdyby istniało coś w stylu poezji popularnej, czytanej w sposób powszedni, bo taka sytuacja oznacza głębokie zakorzenienie tego zjawiska w kulturze. Nasza poezja, i nie tylko nasza, takiego zakorzenienia w tej chwili nie ma (choć śmiem twierdzić, że miewała). alx d

Myślę, że w sensie, o którym piszesz, wykorzeniła się kompletnie i nie wierzę w zakorzenienie. Tomiki "Daj mi serce" albo "Wiersze dla żony (matki, przyjaciela)" itp. tak samo zalegają półki księgarń (dodajmy, ukryte w najciemniejszym kącie półki), jak dzieła wybitnych poetów. -- Elka

Ale, Joanno, nie o to chodzi, że wszyscy nie mogą byc wybitni i uznani, tylko o to, że świat uznaje wcale nie wybitnych, za to głośnych. -- Elka

Eee... no bo tak zawsze jest, że owce idą za baranem, który najgłośniej beczy ;) -- Joanna B

Heh, więc ta Szwedka nie wstydziła się poezji? w Polsce to niemożliwe. Polacy wstydzą się Poezji. myślę o skali masowej. i to jest chyba jedyne wyobrażalne dla mnie umasowienie poezji - zniesienie w skali masowej owego wstydu. ale czy to jest kwestia walki? czy to można "wywalczyć"? Jarek Moser

No wstydzą wstydzą, bo poezja to dla mięczaków jest, a w życiu to trzeba twardym być nie miętkim :)-- Joanna B

Ja na ten przykład, stwierdzam z przykrością, wstydzę się w zestawieniu z życiem zawodowym, że zdarza mi się, rzadko bo rzadko, coś skrobnąć. Trzeba by zamienić słowo poeta na jakieś nowe, to bym się nie wstydził. Inna sprawa, że robię, co robię, bo takie są możliwości - a nie żyję z literatury. Jakbym żył to bym się też nie wstydził. Nie wstydziłem się w liceum, na studiach zacząłem. --mat
Ale to może trzeba się zastanowić nad tym, co jest źródłem tego wstydu. Czy brak obiektywnych kryteriów trudności pisanych utworów? Czy zbytni ekshibicjonizm? A może coś jeszcze, jeśli tak, to co? Ja w swojej pracy na przykład uważam, że mówienie o wierszach byłoby jakoś tak nie na temat, więc mówię o tym tylko, gdy ktoś inny zacznie. Wtedy też najczęściej pomaga pewna doza fachowości w używaniu terminologii - myślę, że wśród facetów jakoś tak jest, że fachowość usprawiedliwia różne głupoty. alx d

Tak się zastanawiam. Każdy odbiorca ma określony zespół swoich własnych przesłanek określających co mu się podoba, a co nie, im tych odbiorców jest więcej, tym większa różnorodność tych przesłanek, im większa różnorodność tym mniejszy zakres wspólny, im mniejszy zakres wspólny, tym bardziej, to co się będzie podobać wszystkim będzie do siebie podobne, im bardziej podobne, tym mniej miejsca na oryginalność. Jeśli w tym rozumowaniu jest błąd, to faktycznie jest miejsce na umasawianie poezji, jeśli nie ma, to trzeba odpowiedzieć na pytanie, jak zachowując oryginalność jednocześnie wpasować się w ten mały zakres wspólnych wszystkim przesłanek określających co podoba się a co nie.-- M M 14:55, 19 października 2008 (CEST)

Moniko, ale czy to jest jakieś zakazane być nieoryginalnym? Czy to nie jest też tak, że nasza dzisiejsza oryginalność to była już kiedyś, dawniej, tylko została zapomniana? A czy Dürrenmatt, ujmując swoje egzystencjalne treści w formę kryminału, był oryginalny, czy wręcz przeciwnie? Wreszcie, ile typowy utwór może mieć planów? Jeden, ten który odbiera się bezpośrednio? Czy może jest jednak tak, że pisząc coś na nurtujący wszystkich temat można w drugiej warstwie przekazać coś oryginalnego, wykazać się artyzmem, powiedzmy w używaniu spółgłosek, albo nie spółgłosek, tylko dajmy na to geometrycznym rozmieszczeniem rzeczowników w wierszu? alx d

Łyk ze statystyk

I jeszcze coś o Europie i o statystykach w czytaniu książek:

Zaledwie 58 proc. z nas czyta książki. Co czwarty młody Polak w ogóle nic nie czyta. Polacy rzadko sięgają po książki. Słabo pod tym względem wypadamy wśród krajów Unii Europejskiej. Unijna średnia to 64 proc. czytających – czytamy w najnowszym wydaniu „Pulsu Biznesu”.

Z informacji dziennika, których źródłem jest Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po książki sięgają częściej kobiety – robi to 60 proc. z nich. W przypadku mężczyzn jest to 51 proc.

Książkowe zakupy w 2007 roku deklaruje 40 proc. badanych, jednak wzrost tego wskaźnika (37 proc. w 2006 roku) przypisuje się przede wszystkim popularności książek dodawanych do prasy. Gazeta zwraca uwagę na kolejny niepokojący spadek czytelnictwa wśród młodzieży. W 2006 roku ani jednej książki nie przeczytało 14 proc. młodych Polaków, w 2007 – już 25 proc.

A, że reklama dźwignią (najnowszy przykład: „Senność” W. Kuczoka) więc co? Róbmy hałas! I nie ważne jak, byle mówili? A co z tym porzekadłem: ” dobra poezja obroni się sama”? Zużyło się? -- Joanna B

Zakopmy pod płotem - niech się wtedy broni ;-P alx d

No wiesz, jedna orkiestra świątecznej pomocy już jest ;) -- Joanna B

Że niby od kopania pod płotem ta orkiestra? A tak na serio, to właśnie chyba ważne "jak". Raczej nie na zasadzie - wystąpmy w konkursie na talenty prowadzonym przez Kubę Wojewódzkiego, doktor Zosię i byłą wokalistkę zespołu Kombi 1 i 1/2. Dobrym, myślę, natomiast pomysłem było umieszczanie utworów w komunikacji miejskiej. Pewnie jeszcze kilka takich środków by się znalazło - to jest kwestia pewnej kreatywności. Może seria poetycka - tomiki do pociągu? alx d
Przy okazji: Cezary Domarus (i nie wiem czy nie czasem MLB ) robił zina poetyckiego i podrzucał do przedziałów - genialny pomysł na dotarcie do każdego, w podróży raczej z nudów każdy rzuci okiem. --mat

Może to: "Poezjem" w TVP Kultura -- Joanna B

A tak przy okazji, Karol Maliszewski w związku z najnowszą edycją Połowu dał wykład. Zdaje się, że bardzo w temacie naszej dyskusji. Można znaleźć tutaj. alx d
Po wstępnym przesłuchaniu wydaje się, że temat naszej obecnej dyskusji jest niesłychanie gorący. alx d


No właśnie, Karol Maliszewski pisze tak w w/w wykładzie:

Nieraz myślę, że ma się do czynienia z dwoma rodzajami poezji. Jest taka, która się narzuca, chce zrobić karierę, stać się przyczyną kulturowo-społecznego awansu autora, zaś z drugiej strony widzę poezję niezalecającą się, która pojawiła się na świecie mimochodem i szepce pod nosem, że nie chce nawiązywać kontaktu, nie chce pocieszać, nie chce być ludzka itp. Jedna za wszelką cenę zachęca w imię ogólno komunikacyjnego braterstwa, druga za wszelką cenę odstręcza w imię też przecież ludzkiej niechęci do tworzenia okazjonalnych wspólnot i wzruszających bractw.

Karol Maliszewski, O czytaniu wierszy opornym

Wydaje mi się, że to jest fałszywe rozpoznanie (czego zresztą nie wyklucza sam Maliszewski w powyższym fragmencie). Poezja jest zawsze realizowana jako komunikacja. Bez komunikacji, choćby urojonej, wirtualnej, nie ma mowy o poezji. Zresztą w tym samym wykładzie, trochę dalej, Maliszewski stwierdza:

Jeżeli jest pięknie i rozsadza mnie radość istnienia, to dlaczego nie mam o tym mówić, dlaczego nie mam tego zapisać. I to nie jest egzaltacja, lecz konieczność komunikowania się z drugim człowiekiem, konieczność obwieszczenia czegoś drugiemu człowiekowi, to jest - drogie dzieci - p o e z j a.

Karol Maliszewski, O czytaniu wierszy opornym

Zatem jednak komunikacja jest istotą poezji, od niej poezja się zaczyna. Myślę, że to pierwsze stwierdzenie można przeinterpretować, znaleźć głębszą metaforę. Dla mnie tą metaforą jest tutaj uprawianie ogrodu. My, piszący wiersze wprowadzamy je w sferę publiczną tak jak człowiek uprawiający ogródek kwiatowy przed swym domem. Jeśli przypadkiem nasz ogród jest w ruchliwym miejscu, jeśli przybywają do niego pielgrzymki, to jesteśmy sławnymi poetami. Jeśli uprawiamy go w środku lasu albo za hałdą węgla, to niewielu ma szanse na zapoznanie się z jego walorami. I myślę, że moja prywatna diagnoza jest taka, że wszystkie współczesne autostrady kulturowe zostały zbudowane daleko od "poetyckich ogrodów", centra miast zapełnione są betonem, a nie delikatną kruchością kwiatów. Zatem kwestia masowości poezji nie jest pytaniem o to, czy to dobrze, gdy poeta walczy o masowość swojej poezji. Kwestia masowości poezji to kwestia tego, czy chcemy żyć w centrach miast pozbawionych kwiatów, pozbawionych ogrodów. I to nie jest kwestia mojej poezji, jako twórcy wiersza A czy wiersza B. To jest kwestia obecności poezji jako takiej. alx d

Społeczna funkcja a masowość

To jest ogólniejsze pytanie o społeczną funkcję poezji, czy w ogóle literatury. Obawiam się, że w dobie oświecenia główną funkcją literatury było stworzenie anty-biblii. Wielka Encyklopedia Francuska częściowo ją spełniła. Ale Europa odrzuciwszy Kościół potrzebowała jakiegoś zamiennika, duchowego przewodnika. Literatura była jedną z kandydatek do tej roli. Stąd wielki rozkwit powieści w XIX wieku. Inną kandydatką była filozofia (heglizm, potem marksizm), nauka, wreszcie sztuka (modernizm). Wydaje mi się, że wszystkie one zawiodły. Łącznie z literaturą. Żadna kultura nie może istnieć bez religii i ten wielki oświeceniowy eksperyment euro-amerykańskiej cywilizacji poniósł fiasko. Literatura sięgnęła szczytów swoich możliwości, ale oderwała się od mas i pozostawiła je na pastwę totalitarnych ideologii, która chyba najwierniej małpowały religię. Ale ta refleksja to oczywiście może być fałszywy trop. Jarek Moser

Tak się zabieram do tego, co powyżej, zabieram i nijak nie mogę ugryźć. Może, więc, tak: całkiem możliwe, że poezja nie jest masowa, bo ten kanał komunikacyjny nie ma w tej chwili nic do przekazania, żadnego istotnego komunikatu do przekazania. (a mogłaby mieć? --mat)Natomiast nie jestem pewien, czy religia tutaj coś pomaga. Zinstytucjonalizowana religia zawsze miała tendencję do zamulania tego kanału, którym jest poezja. Ta instytucja za mało dawała wolności, aby poezja się w tym mieściła. Zawsze pisanie wierszy innych niż teksty pieśni religijnych było religijnie niepewne i skazane z góry przez hierarchię na niełaskę, czego najdoskonalszym przykładem jest los "Psałterza Dawidów" Kochanowskiego. alx d
Jeśli chodzi o komunikat do przekazania, to bywało (i to wcale nie tak dawno temu), że miała, więc pytanie dlaczego i teraz nie miałaby mieć? Oczywiście jest jeszcze kwestia poszukiwania tego Zeitgeista naszych czasów. Pewne odpowiedzi są dosyć oczywiste. Nasze czasy są przesiąknięte rozrywką, więc komunikat powinien być rozrywkowy. Jak mogłyby one wyglądać częściową odpowiedź daje na przykład Barańczak w swoich wydawnictwach typu Fioletowa krowa. Ale naszej polskiej oryginalnej twórczości w tym kształcie też jest trochę. Na przykład takie coś:

Raz chomik marchewkę wcinał
Raz chomik marchewkę wcinał -
i tak się ten wierszyk zaczyna.
Podeszła do niego krowa -
i to jest wierszyka połowa.
Mniam, i połknęła chomika
i to jest koniec wierszyka.

Danuta Wawiłow

Inna oczywistość z tych okolic, to zaangażowanie społeczne wierszy, które jest tak promowane przez Igora Stokfiszewskiego (można byłoby tutaj podać konkretniejsze przykłady: nuda powszedniości, pustka istnienia wyłącznie dla pieniędzy). Dobry tomik na aktualne społecznie tematy, napisany lekką dykcją i mówiący językiem współczesnej młodzieży mógłby być prawdziwym hitem. Czy coś jeszcze? Pewnie tak, ale nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. alx d

Mogę się tylko wypowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń, z natury swojej subiektywnych Otóż rzadko piszę tzw. zaangażowane wiersze, bo generalnie za tym nie przepadam. Ale parę zdarzyło mi się napisać. W recenzji gazetowej dot. wierszy, które się niedługo ukażą, napisanej przez jurora konkursu Faca tenże juror napisał po wyrazach uznania: „...tam gdzie autorka zabiera się za politykowanie wierszami, smakują one jak żucie żwiru”. Piszę o tym wyłącznie dlatego, żeby uświadomić, że tomik, o którym wspominasz, wcale nie musiałby być hitem. Mógłby równie dobrze zostać odrzucony, sporo ludzi nie lubi tych tematów, to chyba scheda po poprzednim stuleciu. Oczywiście ktoś mógłby to zrobić znacznie lepiej ode mnie, ale jednak powątpiewam w sukces. -- Elka

No właśnie na tym polega trudność - żeby to było jednocześnie ciekawe i mogło służyć za temat do rozmów przy obiedzie - tak jak czasami do tego służą tematy wzięte z filmów czy prozy. alx d

Jasne, tylko ja nie mówię o religii zinstytucjonalizowanej, czyli – mówiąc wprost – o kościelnej hierarchii. Mam na myśli religię, jako sprecyzowaną wizję „tamtej strony”, która pozwala człowiekowi domknąć i usensownić obraz siebie i świata. Tylko religia – w moim przekonaniu – jest „pozytywnym rozwiązaniem” absurdu śmierci. Jedynym ocaleniem przed rozpaczą – używając tu kierkegaardowskich określeń. (Niedawno czytałem gdzie na Poewiki cytat z Darka Foksa, iż poezja niczego nie ocala – tak, poezja sama – tj. bez wizji religijnej – nie ocali człowieka przed rozpaczą). Dlatego tak bardzo interesuje mnie historia kultury zachodniej po rewolucji antyfeudalnej i po „oddzieleniu Kościoła od państwa”. Widzę tam nerwowe poszukiwanie jakiegoś ekwiwalentu. I to co zwykło się nazywać „burzliwym rozkwitem” – sztuki, czy literatury – ma dla mnie zupełnie inny wymiar. Bo kiedy martwe ciało się rozkłada to też przybiera rozmaite kolory, zanim ostatecznie rozsypie się w proch. Uważam, że religia jest duszą cywilizacji, czynnikiem scalającym jej wszystkie płaszczyzny i wymiary. Bez religii cywilizacja staje się stertą odrębnych fragmentów, rozdartych strzępów, poćwiartowanym ciałem, które wcześniej czy później zostanie wchłonięte przez inne „żywe” cywilizacje. Zachodnia, pooświeceniowa obsesja zysku i technologicznej przewagi przypomina kompulsywne uciekanie przed rozpaczą, albowiem w świecie bez religii nie ma żadnego pozytywnego rozwiązania absurdu śmierci. Nietzscheańska czy sartrowska „heroiczna akceptacja” tego absurdu każe człowiekowi stać się Bogiem, stwarzać siebie i sens świat każdego dnia na nowo. To jest ponad ludzkie siły. Ta ponętna iluzja zawsze – wcześniej czy później – rozbija się o ułomność kondycji ludzkiej (vide ostatnie lata życia Nietzschego); bo z jednej strony istota ludzka jest rozumna, a z drugiej – bezbronna wobec absurdu śmierci, cierpienia, zła. Bez wiary w niewidzialny sens domykający widzialny absurd człowiek nie potrafi wytłumaczyć dziecku po co powołał je do istnienia.

Jarek Moser

A tak swoją drogą, to zdaje się wykopaliska archeologiczne wskazują, że neandertalczycy nie mieli religii, a sapiensiaki miały. To zresztą się zgadza z wszystkimi procesami historycznymi - gdy pojawia się wielka presja egzystencjalna, ludzie częściej zwracają się ku jakiejś formie wiary, gdy natomiast tej presji nie ma, od niej się odwracają. Ja natomiast chyba ten rozkwit sztuki i literatury po oświeceniu wiązałbym raczej z postępem technicznym - po prostu wykształcenie stało się bardziej dostępne, zwiększył się rynek czytelników, a zatem zwiększył się rynek książek itd. Myślę rozkwit literatury nie wiąże się z ucieczką od religii, a ze zwiększeniem jej zasięgu. Fakt, że rozwój racjonalizmu sprzyjał zwiększeniu tego rynku, ale gdyby to powiedzmy Kościół był orędownikiem wykształcenia, to i religia (w tym wypadku chrześcijańska) za tym by poszła. alx d


Wykopaliska archeologiczne wskazują, że najstarsze pochówki rytualne - groby znalezione na Górze Karmel - sięgają czasów neandertalczyków, którzy zresztą obecnie traktowani są jako rasa "sapiensiaków", a nie odrębny, wcześniejszy gatunek. Z kolei z analizy materiałów etnologicznych wynika, że najstarsze koncepcje religijne (z kręgu szamanizmu) zrodziły się wraz z pierwszymi doświadczeniami powrotu ze stanu śmierci klinicznej. Człowiek, który "umarł", a następnie wrócił do życia, zaś w okresie "nieobecności" doświadczył podróży do innego świata - gdzie mógł spotkać zmarłych przodków, swego ducha opiekuńczego, czy Bóstwo Najwyższe - stawał się szamanem, a przynajmniej kandydatem na szamana (chociaż istniały oczywiście też inne procedury dochodzenia do szamańskiego rzemiosła). Dziś znamy opisy tego typu doświadczeń z książek Raymonda Moody'ego - relacji tych jest więcej, gdyż w XX wieku udoskonalono techniki reanimacji. Lecz zdarzały się one we wszystkich zakątkach świata i epokach. Zaratusztra od takiego doświadczenia miał zacząć swoją religijną misję, Platon opisał doświadczenia wojownika Era, także św. Paweł wspomina o analogicznym, zaś Emanuel Swedenborg pod wpływem czegoś podobnego porzucił karierę naukową (a żył w czasach Kanta) i poświęcił się "badaniom świata duchowego". Podobne relacje znaleźć można literaturze buddyjskiej (np. Sutra Złotego Blasku); zmitologizowana historia podróży Mahometa do nieba na koniu należy zapewne do tej samej kategorii. W końcu sam Chrystus (jako istota duchowa) pozostawiwszy na krzyżu umarłe ciało - zgodnie z tradycją i przekazami mistycznymi - otworzył swoją krwią bramy raju wpuszczając tam sprawiedliwych starego zakonu (gromadzących się wcześniej "na łonie Abrahama"), a także otwierając drogę do duchowej siedziby Najwyższego Bóstwa przed "wszystkimi narodami". Miał też "wstąpić do piekieł", ukazując upadłym aniołom skalę swego duchowego triumfu (chociaż publicystyka oświeceniowa próbowała ośmieszyć ten zapis słynnym żarcikiem "do piekieł wstąpił, po drodze Mu było" - podobnie jak propagując hasła "dobrymi chęciami piekło brukowane" i wiele innych, uznawanych dziś często za "mądrość ludową", co potęguje tylko pomieszanie pojęć wokół chrześcijaństwa). Gdy trzeciego dnia zmartwychwstał, Jego ciało uległo tajemniczej transformacji stając się "ciałem chwalebnym" - mógł bowiem przechodzić przez zamknięte drzwi jak duch, a jednocześnie jeść materialny pokarm jak człowiek.

Co ciekawe tradycja szamanistyczna przechowuje pogląd, iż dobry szaman po śmierci nie pozostawia swojego ciała - jego ciało znika lub zmienia się w sposób magiczny. W buddyzmie tybetańskim istnieje praktyka tzw. ciała tęczowego, której "urzeczywistnienie" ma owocować zanikiem po śmierci ciała fizycznego (zostają tylko włosy i paznokcie, czyli elementy nieunerwione). Inny fenomen to nierozkładanie się po śmierci ciał niektórych świętych (głównie chrześcijańskich, ale także odnotowywano to zjawisko w kręgu kultury buddyjskiej) - np. w Paryżu przy Rue du Bac w szklanej trumnie oglądać można różowe, jakby śpiące ciało św. Katarzyny Laboure zmarłej w... 1876 roku! Chociaż uczeni próbują ratować swój prestiż wymyślając rozmaite prawdopodobnie brzmiące "wyjaśnienia" doświadczeń w stanie śmierci klinicznej, fenomenów związanych z transem szamanów, czy zjawiska nierozładających się ciał, to jednak najuczciwsi przyznają, że "na obecnym etapie rozwoju nauki" zjawiska te pozostają niewytłumaczalne.

Chciałem przez to wszystko powiedzieć, że od czasu pierwszych przypadkowych "wypadów" ludzi w sferę światów duchowych narastała świadomość, że poza rzeczywistością widzialną istniej też "inny wymiar" związany ściśle z tym życiem i wymagający "uwzględnienia" i stosownego "odniesienia się". Różne formy kultów religijnych były zmiennymi historycznie i kulturowo portalami, przez które ludzie wchodzili do świata duchów, a duchy schodziły między ludzi. Rewolucja oświeceniowa (francuska i amerykańska), w dużej mierze manipulowana przez masonerię, która reprezentowała interesy mieszczaństwa i dążyła do obalenia porządku feudalnego (a więc przede wszystkim Kościoła katolickiego, który był węgłem tego systemu), stworzyła pierwsze w historii społeczeństwo laickie - nigdy i nigdzie wcześniej instytucja państwa nie została oddzielona od źródeł religijnych. I w tym kontekście warto analizować wszystkie procesy kulturowe, jakie nastąpiły potem. Łącznie z ciągle powracającym zainteresowaniem duchowością w różnych postaciach - od teozoficznych i antropozoficznych prób unaukowienia okultyzmu, poprzez fascynację religiami Wschodu, czy szamanizmem (w wydaniu Castanedy albo Longa), aż po entuzjastyczny kult JP2, etc.

Jarek Moser


[PoeWiki]

Edytuj
Dodaj komentarz
O czym mowa
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne