Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Jacek Podsiadło, niczyje, boskie

Jacek Podsiadło (1998), niczyje, boskie, Kraków - Warszawa, Fundacja "brulionu"

Kilka słów o książce

Zawsze, gdy biorę do ręki tomik niczyje, boskie ogarnia mnie niejakie zdziwienie. Chodzi o efekt, jaki daje okładka. Z jednej strony bowiem widzimy nieoheblowane, bardzo surowe deski. Wydaje się, że szorstkość zadziorów jest niemal namacalna. Z drugiej strony deski oddzielone są paskami idealnego wiśniowego brązu, które wskazują ewidentnie, że mamy do czynienia z jakąś formą grafiki komputerowej, bo nijak w świecie rzeczywistym takiej równomiernie nasyconej farbą faktury nie uświadczysz. Jest jeszcze drabina na pierwszej stronie okładki, a tytuł unosi się w złudzeniu optycznym ponad lekko przeźroczystym jesiennym liściem.

W stopce redakcyjnej odkrywamy, że tomik został wydany przez Fundację 'brulionu' w roku 1998. To były już czasy, kiedy brulion jako taki wychodził bardzo rzadko. Rok 1998 to rok, w którym ukazał się bodajże ostatni numer tego zacnego pisma. W sumie stało się ono już trudno odróżnialne co do treści od Frondy. Widać było, że Robert Tekieli traci serce do swojego wielkiego wolnościowego projektu i wchodzi w świat obdarowywania innych pojętym przez siebie pojęciem absolutu, absolutu dającego się zobaczyć w katolicyzmie. Zresztą, od wtedy on tak widział wolność.

Trudno powiedzieć, czy Jacek Podsiadło został namówiony przez Tekielego do rozpoczęcia tomiku utworem Plateau. Dla znających tamte czasy, ale też i dla śledzących intelektualne peregrynacje Podsiadły to pytanie trochę się narzuca. Trochę to pytanie drażni, ale ja gotów jestem odpowiedzieć sobie na nie, że to był naturalny ruch. Wtedy się po prostu dyskutowało o absolucie. I w tym wierszu czuć dotknięcie niesamowitości. Gdzieś gra tutaj połączenie otwartej nagości z bezbronną niewinnością, ale też i z odkrytym ciałem Chrystusa na martwym drzewie. Gra tutaj energia seksualna wprowadzana przez słowo "usta", ale przez odpowiednie przedstawienie te usta ułożone są w gest przyjmowania sakramentu. Może to być sakrament chleba, ale też i może być to sakrament wypowiadania słowa, które kreuje rzeczywistość - w tym wypadku imienia, za pomocą którego podmiot liryczny zwraca się do drugiej osoby. Imienia będącego w istocie owym "słowem, które było na początku".

Taki jest zatem początek tego tomiku. Dalej idą darte na strzępy listy, ale chcę tu o nich powiedzieć jedynie tyle, że są bardzo porządnie napisane. Jest w nich mnóstwo literackiego rzemiosła, a może nawet arcydzieła (warto sprawdzić), ale moją uwagę znacznie bardziej przykuwa wiersz List do Pawki Marcinkiewicza w Des Plaines, Illinois. Pocztą pantoflową. Wiersz namawia Pawła Marcinkiewicza do powrotu z emigracji zarobkowej w USA do pisania poezji. Tak, szkoda było Marcienkiwiczowego niepisania. Szkoda, chyba każdy, kto przeczytał Przesłanie pana Propera nie ma wątpliwości, że szkoda takiego późnego powrotu do, jak zapisał Podsiadło:

Wszak przyjdzie, nie zawiedzie, już teraz się do nas wybiera
każda zlekceważona sekunda, nieznaleziony rym, zaniechana litera.


Wiersz o Marcinkiewiczu warto przeczytać też dla jego rymów.

Dalej idą wiersze to dźwięczniejsze, to łagodniejsze. Napisane bardzo dobrze - rzemiosło literackie aż błyszczy i: nawet arcydzielne niektóre z kawałków (warto sprawdzić). Moja uwaga związana potrzebami tego komentarza koncentruje się jednak wyraźnie dopiero na utworze Z Gnilca do Hajnówki. Tam mamy jako motto cytat z ojca polskiej etnografii:

Lud uważał powszechnie, że lasy są boskie i niczyje, a tytuły własności dziedzica do lasów uchodziły za uzurpację.

Jan Stanisław Bystroń, „Etnografia Polski”

Po takim wprowadzeniu autor tomiku wiedzie nas:

Przez świetliste dąbrowy, przez mroczne miejscowości,
gdzie nad stojącą czarną wodą bagienek świerki borealne
cicho obracają się w proch...

i dalej w podobnym stylu aż do spotkania z leśniczym Kisielewskim, który próbuje wypędzić osobę mówiącą w wierszu z lasu. Dzikość puszczy niewątpliwie budzi poczucie istnienia sił wykraczających poza nasze skończone, ludzkie możliwości. Zwłaszcza, gdy człowiek - tak jak podmiot liryczny - zgubi się w niej. To nieuchronnie prowadzi do doświadczenia sacrum. Tak jest, gdy człowiek znajdzie się nagle w sieci kanałów wentylacyjnych i nie może się już cofnąć, bo jest za wąsko. Tak jest, gdy trafi do jaskini i zawali się za nim wejście. Wreszcie tak samo jest, gdy człowiek przychodzi na świat i odcinają mu pępowinę: nie ma już odwrotu, trzeba wrócić do normalnego świata innym wejściem.

Podobnie chyba też pobrzmiewają przygody chłopaków w Białym kruku Andrzeja Stasiuka. Brygada urwała się do życia na wolności gdzieś w Beskidzie Niskim czy Bieszczadach. Ta wolność zmienia się nagle w świat bez wyjścia, gdy narrator z Kostkiem unieszkodliwiają żołnierza Straży Granicznej. Wtedy nagle cała grupa przechodzi w nowy wymiar. Ich przygoda zmienia się z niewinnej zabawy, z której można w każdej chwili wrócić do domu i żony lub codziennych spraw, w ucieczkę. Ze świata ucieczki nie ma już możliwości prostego powrotu do wcześniejszego stanu. Tak właśnie chłopcy zagospodarowali sobie ten fragment czasoprzestrzeni. Tak zabłądzili w swoich umysłach i świecie. Rzeczywiście stanęli wobec nieznanych sobie wyzwań emocjonalnych. Rzeczy boskie są straszne - straszniejsze przecież niż anioły w Elegiach duinejskich Rilkego. Straszne i nieznane. Udając się w nieznane, dotykali właśnie tego strachu.

Nie wiem, czy wolno, ale na pewno warto pokusić się tutaj o stwierdzenie, że podmiot liryczny Podsiadły jest w istocie członkiem tej ekipy, której wojaże da się wyczytać z kartek książki Stasiuka. Do tej samej ekipy należy też i Don Quijote. I może nie w tej odsłonie, gdzie jakieś zacne, ale w istocie szalone przedsięwzięcie określa się jako donkiszoterię. Bardziej ci ludzie przypominają mieszkańca La Manczy w swoim zgubieniu, swoim wyborze lub trafie przebywania umysłem w świecie kulturowo nieistniejącym, niezagospodarowanym, niczyim już lub niczyim jeszcze, a przez to dotykającym czegoś transcendentnego.

Oprócz tej podskórnej refleksji, którą odczytaliśmy powyżej, jest też w tym wierszu bardziej bezpośrednia myśl. Myśl, że w naszym uporządkowanym i upilnowanym świecie zewnętrznym pewnie już mało jest miejsc, o jakich da się powiedzieć, że są niczyje i boskie. Wszędzie gospodarka ludzka wepchała już swoje wyrównujące łapy i zawsze gdzieś tam jakiś gajowy siedzi i patrzy. Tymczasem obszarem dziczyzny i szerokiej niczyjości wciąż pozostaje nasz własny umysł, w którym się możemy zgubić. W którym zgubiliśmy się już przy narodzinach. Fajna ta myśl, bardzo pogodna. Świat poszedł na przód jednak i ja jednak myślę sobie, że zbyt optymistyczna. Telewizor ma swoje prawa i swoje sugestie. Coraz wyraźniejsza jest wizja dająca się odcedzić z Podsiadłowego wiersza Umysł, umieszczonego kilka stron dalej:

 
Pralka automatycznie przeżuwa pieluchy Dawida.
Zatrzymuje się, znowu rusza, przebiera w swoich programach
bez najmniejszego wahania, jak ktoś, kto ma czysty umysł.

Na tym jakże czystym i klarownym momencie lektury tomiku Podsiadły nie wolno zakończyć. Warto jeszcze dotrzeć co najmniej do wiersza Z trzaskiem otwiera się kasztan nad naszymi głowami. Wejdźmy może na chwilę w samo centrum, dodajmy centrum emocjonalnie przygotowane w perfekcyjny sposób:

Ponieważ grzmiał i ogień przebiegał niebo we wszystkich
kierunkach a północ była blisko, sądziłem, że Lidka
uległa lękowi i smutkom, stąd ten płacz już na progu.
A to śmierć przyjechała po Murkę
sześć godzin wcześniej, zagranicznym samochodem.

Mamy zatem śmierć. Doświadczenie śmierci. W hierarchii ludzkich doznań nie jest to zapewne rodzaj śmierci bardzo ważny. A jednak. Wystarczy do tego, żeby emocje były namacalne. Żeby poczucie straty było odczuwalne. Tak, tak, nie u autora, a u czytelnika. W tym wierszu dotyka się braku, dotyka się dziury, która powstaje po odejściu kogoś bliskiego. W przykładzie przedstawionym przez Podsiadłę chodzi o psa, ale nie chodzi tutaj o psa. Chodzi o tę rzeczywistość, dotykającą nas, dotkliwą. Rzeczywistość, przychodzącą do nas czasami. Jednak zawsze nieuchronną: niektórzy nas pozostawią tutaj, niektórych my pozostawimy, po nas przeważnie nie pozostanie nic trwałego.

Ten wiersz był dla mnie źródłem głębszej refleksji. Dla mnie odbijał nie tylko śmierć psa, ale każdą inną śmierć bliskiego. Wiedziony impulsem zacząłem badać otoczenie tego tekstu i zauważyłem, że daty - wszystkie utwory w tomiku opatrzone są datami - pojawiają się w porządku rosnącym. Zatem tomik Podsiadły nie jest luźnym zbiorem sytuacji lirycznych. Tomik pana Jacka to w istocie reportaż. Filozoficzny, plastyczny, emocjonalny reportaż z życia. Nie jest konieczne jechanie do Afryki, nie jest konieczne studiowanie tysięcy kilometrów kwadratowych Syberii. Nie są konieczne te wielkie peregrynacje, które nam serwował Kapuściński. Rzeczywiste, bolesne, dotyczące nas wszystkich życie mamy tu i teraz w naszej okolicy. To ono nas boli i doprowadza do rozpaczy. To ono nas cieszy i jest nam ciężarem. Taki właśnie reportaż znajdziemy u Podsiadły.

Wyczerpuje się już materia myśli, którymi chciałem się podzielić przy okazji tego zestawu wierszy. Wszystkie te momenty, w których objawia się w książce Podsiadły mnóstwo literackiego rzemiosła, a może nawet arcydzieła, przynoszą wiele refleksji i emocji, jakimi się tu nie podzieliłem. Nie są one jednak wcale mniejszego kalibru niż te dotknięte w moim omówieniu. Jeszcze może na ostatniej prostej poprowadzę czytelników, którzy tu zbłądzili, słowami wieńczącymi zbiór:

...wychodzę w przestrzeń
podziurawioną jak ser lub ciało bohatera na koniec.

i zasugeruję, by smakować je równolegle z końcówką Białego kruka.

Inne omówienia w sieci

Źródło: "http://poewiki.vot.pl/index.php?title=Jacek_Podsiad%C5%82o%2C_niczyje%2C_boskie"

Ostatnio zmieniane o 07:15, 13 listopada 2013


[PoeWiki]

Edytuj
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne