Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Czerwony Pokój/Jechać Proustem

< Czerwony Pokój

Jechać Proustem

[notowało mi się tak kiedyś przy imć wzmiankowanym, dzisiaj weszło w ręce; może i te impresyjki zalatują nieco jakimś determinizmem czy stawianiem sprawy na wydumanym ostrzu, może i kula leży u płotu, ale jeśli ktoś chętny, zapraszam do pogaduchy]

Proza wspominkowa. Wywlekanie na papier dobrze znanych (samemu sobie i nie tylko) fabuł, oblekanych w taki czy inny, stylistyczny sznyt. Historie, które z reguły już dawno temu spuchły, a potem oklapły, oddając swoje powietrze następnym, czekającym na wypełnienie w szeregu dni. Wszystko spoczywa jednak w potencjalnej gotowości – wystarczy jakiś namacany cyngiel, jakieś nikłe podobieństwo w bieżących przeżyciach, byle magdalenka, żeby wywołać ducha czy kliszę, żeby się nałożyło, żeby wspomnienie wsączyło się w coś, co od biedy nazywamy teraźniejszością (zakładając jakąkolwiek liniowość „rzeczywistego” czasu; powiedzmy, że załatwiając najprostsze sprawy na mieście, siedząc w pracy od-do czy lecąc boeingiem na Madagaskar, odbębniamy w społecznym kontekście jej (liniowości) rytuał, a to nie pozostaje bez znaczenia dla każdego poszczególnego, najbardziej nawet rozwichrzonego pojmowania czasu). I teraz tak: kontekst papieru jest w tej kwestii chyba nieubłagany. Mówiąc ogólnie, gdyby chciało się wyruszyć w jakąś większą, czy też lepiej - gigantyczną wyprawę, z własną pamięcią jako przewodnikiem, ciężko by było spotkać w początkach tej wycieczki jakiś przekonywujący sposób na poprowadzenie zeń zapisków. Proust zrobił to świetnie, olimpijsko, jego długie, powłóczyste zdanie nadaje się do tego jak nic innego; zamaszyście i pięknie skomplikowana składnia, mimo nieuchronnej obcości wobec „rzeczywistej” konsystencji pamięci, ma więcej wspólnego z zawiłościami jej łączeń, niż, dajmy na to, faktograficznie szczegółowy, choć ujęty w krótkie, lapidarne zdania zapis (weźmy chociażby „Je me souviens” innego Francuza, Pereka, czy wcześniejsze wobec niego „I remember” Brainarda – wspomnienia jako pstrągi wyciągane z niewidocznego strumienia. To zupełnie co innego – w tych rzeczach nie chodzi o narrację, u Prousta tak). Czy można więc użyć tych kadencji dla własnych „poszukiwań”? Jak najbardziej, tyle że pojawi się tu następujący problem. Pożycza się wszystko albo nic. Żeby pożyczka była zasadna, trzeba wykorzystać ją w wielkim, rozbudowanym projekcie. Fraza Prousta nie sprawdzi się w krótkodystansowych, wspomnieniowych tekstach (mimo najlepszych prób takiego, dajmy na to, Iwaszkiewicza), bo te, z uwagi na swoje gabaryty, nie będą mogły wyjść poza siebie, ciążąc niepostrzeżenie (jak motyl lub bąk) ku tematowi, ku wywołanej zza gardy nienaruszonej przeszłości, pojedynczej „sytuacji”, niechby i nawet rozwijając z niej jakąś przepastną alegorię czy wpuszczając w jakiś ukryty w niej dryf, ale zawsze służąc nią jako przykładem, instancją dla wspomnienia, czymś niepodważalnym; czymś w rodzaju szczątek skorupy, z której wykluwa się cokolwiek bądź. Tymczasem owo „wyjście poza siebie” można tu rozumieć jako ruch, porywający również i tamte skorupki; jako rozciągnięty w narracji układ sprawdzeń, rozgrywający w jej długich przebiegach zawiłą kwestię współmierności czasu do zdania, nawzajem ku sobie zbliżanych i oddalanych, odbijających się w sobie jak Narcyz w tafli jeziora i jezioro w oczach Narcyza. Próbując złapać ten szerszy oddech na krótkim dystansie dostaniemy tylko zadyszki, i nie mówię tu o pojedynczych drobiażdżkach, dmuchanych bibelotach, którymi przyozdabia się np. wiersz, albo i taki tekst, jak poniższy. Jedyne, co tak naprawdę można z tym zrobić, to - niczym znany bohater znanego opowiadania znanego argentyńskiego autora, piszący od nowa znaną hiszpańską powieść - napisać od nowa „W poszukiwaniu straconego czasu”. Albo przełknąć w końcu to ciasteczko. --[tsz]

Nigdy nie zmusiłem się do tego, żeby przeczytać Prousta. Od czasu, kiedy polonistka pochwaliła się, że przeczytała wszystkie 40 tomów. Ale Iwaszkiewicz też jest niezły. Na przykład takie "Panny z wilka". Śliczności opowiadanko. Wspominkowy cymes. Pałyga

40 tomów? to chyba saga ludzi lodu była ---[tsz]

Albo coś wcześniej, sprzed Sagi... AP

Przyznam się szczerze, że przeczytałam tylko pierwszy tom i kompletnie nic z niego nie pamiętam, co więcej pamiętam, że w ogóle nie udawało mi się zapamiętać nic jak czytałam, wpadałam w jakiś rodzaj niezwykle przyjemnego odrętwienia, a czas mijał i mijał. -- M M

I tak się jeszcze zastanawiam, być może właśnie ciekawe byłoby zrobienie czegoś krótkiego tą długą frazą, rozciągnąć chwilę w nieskończoność, krótki dystans uczynić długim za pomocą właśnie frazy, w końcu zapętlić w sobie. Czas jest przecież względny i kto powiedział, że musi mieć konstrukcję linearną, tak sobie po cichu myślę:) -- M M

No i właśnie, taka choćby i nawet skręcona jak naleśnik miniaturka nie wprawi w żadne, zbliżone do tamtego odrętwienie :) względność czasu najlepiej chyba rozpisywać w czymś sążnistym (jeśli się ktoś uparł, ofkorz), w końcu wiesz, czytasz i czytasz te zdania, twój czas lektury leci, jakoś się tam załamując, ok (te herbaty, naczynia, telefony) ale tamten znowuż się nawarstwia, skrapla, komasuje czy coś tam; no i sporo zdarzenia między nimi, sporo gestów, bardziej mających się ku - niech będzie - jakiemuś Totalnemu Doświadczeniu Czasu. A, no i mamy jeszcze dłuższe rzeczy typu "Uroda na czasie", gdzie już w ogóle tylko jakieś dymiące szczątki czasu (a nasz, ten lekturowy, znowu leci itd.)

Ale to proza; stareńki wiersz radzi z sobie z tym oooczywiście zuupełnie inaczej ---[tsz]

Drodzy państwo. Proust to nie wyłącznie literatura, ale to całe owe tak charyzmatyczne poświęcenie dla literatury, dla Sztuki, skoro przecież Proust nawet umierając, dyktował swoje wrażenia z agoni, prosząc swojego sekretarza, żeby je dopisał do fragmentu, w którym jeden z jego bohaterów umiera w muzeum, chcąc w ten sposob urealnić, uautentycznić i uwierzytelnić śmierć swojego bohatera. Język, czy raczej styl Prousta, owszem, jest do podrobienia, ale jest również natychmiast wyczuwalny "duch" Prousta. Proust to nie tylko problem "Czasu", problem sensu Sztuki, to również wielki i bezcenny obyczajowy fresk, dokument epoki i świadectwo. Niewątpliwie jest źrodłem i kopalnią całego mnóstwa przemyśleń dotyczących ludzkich słabości, charakterów i osobowości. To cała galeria postaci - Swanna, Odety, Gilberty, pani Verdurin, barona de Charlus i wielu wielu innych. Zapewne trzeba do Prousta osobliwej cierpliwości i wrażliwości. Proust może być dla każdego bezcenną nauką wsłuchiwania się w czyjąś rzeczywistość. Nauką obserwacji. O Prouscie nie ma zresztą sensu mówić "polonistycznie", "fachowo" posługując się li tylko termonologią "krytycznoliteracką", bo Proust to cały odrębny i zupełnie "alternatywny" (magicznie wyobcowany) wszechświat. No i właśnie czy aby Proust nie jest prekursorem "realizmu magicznego"? Bardzo rzetelnie i z wrażliwością pisał o Prouście Błoński w eseju "Widzieć jasno w zachwyceniu". ps. A próbę "proustyzacji" (stylu długich fraz, kwestię Czasu) podjął udanie między innym Juan Benet, autor "Medytacji", niezwykle skądinąd pięknej książce, chociaż też nie dla każdego, a to z powodu wymogów, jakie taki styl stawia przed czytelnikiem - spokoju, cierpliwości i wrażliwości.

Źródło: "http://poewiki.vot.pl/index.php?title=Czerwony_Pok%C3%B3j/Jecha%C4%87_Proustem"

Ostatnio zmieniane o 01:02, 5 lutego 2008


[PoeWiki]

Edytuj
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne