Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Strona osobista:Cezary Domarus

(Przekierowano z Cezary Domarus)



=========== PODANIA ===========
(doświadczonko komunikacji, języczek poezji)
(fragment)

(...)

1.0
Ukryte pragnienie poezji – aby ciało/ciało/ciało stało się słowem. Opuścić wreszcie aparat tkanek, uwolnić się na niezmierzone niebezpieczeństwo, gdzie brak ścięgien, wiązań, i gdzie ograniczeniem jest to, co jeszcze nie nastąpiło.

2.0
Ukryte pragnienie poezji – aby słowo raz na zawsze opuściło ciało. Rozbić mezalians, zrodzony z przypadku (będącego notabene źródłem licznych historii). Poezja błyszczy najbardziej tam, gdzie ciało ma za nic, gdzie ostrze jej politowania - ostatniej rzeczy, którą jest skłonna dlań uczynić - wymierzonego w kierunku ciała, nie dotyka już jego powierzchni, a tylko odbija światło i kładzie na skórze „zajączka”, drżącego jak bezgłośny śmiech, prowadzący do utraty oddechu.

3.0
Pewnego dnia, nie uprzedzając nikogo, poezja wraca między ciała. Odbita od widma mitycznych niebezpieczeństw i bezgłośnych obietnic, wraca, udaje dotyk, wciela się w dreszcz biegnący po plecach lub dokądkolwiek. Wraca jak fala przypływu, manna z czyśćca, upomnienie za nie uiszczony rachunek, jak ludzkie spojrzenie, spojrzenie zwierzęce, jak obojętność przedmiotów i próżni, wraca bez tłumaczenia; nic nie wspominając o czasie, który upłynął, mając za nic czas, który płynie i oczywiście nigdy nie istniejący czas, który nadejdzie. Wracając między ciała, poezja mówi o ciałach, ponieważ dawno nie miała z nimi sprawy. Przypomina sobie o rzekomych źródłach swej zasady – o początku, który niekoniecznie musi być jeszcze żywy i konieczny.

MOMENT GĘSTOŚCI
Sen rozpięty między:
– Wszystko da się zapisać.
– Niczego nie da się zapisać.
Dlatego:
– Można zacząć.
– Można nie zaczynać.

MASZYNA REJESTRUJĄCA USZKODZENIA JEST USZKODZONA
Kiedy język pojawiał się w pierwszych narzeczach, kiedy przychodził z pomocą, kiedy bronił nas od ognia, unosił na wodzie i wydzierał z niebieskiego tła – byliśmy uwodzeni i zdobywani, z niemałą przyjemnością i bez świadomości, skąd ta przyjemność się bierze. Istniała dla nas tylko sama przestrzeń uwodzenia: nasze lądy, nasze odkrycia, nasze żeglarstwo, nasz zysk, nasza rosnąca z każdym rokiem i tysiącleciem siła. Język rozlewał się, a my tworzyliśmy mapy, atlasy, nanosząc nań objawienia, stosując wciąż nowe podziałki i skale. Terytoria wciąż nie obejmowały całej widzialności, choć czuliśmy, że całą widzialność da się uzyskać już wkrótce, już za następnym zdaniem. Sam język był poza prawem widzialności, był doskonale ukrytym Autorgiem, sprytnym i stałym z braku uczuć do czegokolwiek. Potem już tylko pożądaliśmy, by tańczył przed nami taniec brzucha lub wkradł się do centralnego banku nadmiarów czy – bywaliśmy coraz śmielsi – do głównych zasobów pleromy.

Strukturalna zasada języka polegająca na nieograniczonym użytku ograniczonych środków była pierwszą ekonomią, na której barkach ustawiły się wszystkie pozostałe. Utrata płynności nastąpiła natychmiast.

POŚRÓD WZMIANEK
Teraz, kiedy już jesteśmy w jego posiadaniu (żeby nie używać deprymującego „on posiada nas bez reszty”), nie jest możliwe nic, co wiązałoby się z myśleniem o jego braku. Jeśli już, myślimy o tym nie istniejącym czasie jako o „wiecznym absurdzie”. Sam język sprawia sobie tytuły i bije monety z rewersami „tajemniczy”, „magiczny”, „duch pamięci”. Jest ciałem Księgi, gdzie Wszystko spotyka Absolut, po czym wyruszają na poszukiwanie ostatniego elementu Trójcy, nie uzgadniając, o kogo im idzie. Jest natychmiastowością, która w chwili, kiedy pojawia się brak związany z nadmiarem rzeczy i relacji – ma zdolność błyskawicznego samouzupełnienia. Ma granice, ale nie można go wyczerpać, choć na co dzień dokucza nam jego ograniczoność.

Grzbiet pęka po otwarciu Księgi. Po pewnym czasie zaczyna nam się wydawać, że brakuje tam paru kartek. Poszukiwania śladów numeracji angażują cały zapas energii i czasu.

NIEOBLICZALNY CYRK CYRKULACJI
Słowo w nic nie wierzy i zapewne upaja się świadomością, że samo staje się przedmiotem wiary.

Pewnego dnia trzewia obudziły się z małym początkiem słów. W następnej kolejności poszło o to, że język nie jest wystarczająco poręcznym (nie dzieło rąk?) instrumentem, lecz tylko on został nam w uścisku. Nie dany, lecz z naszych danych; z trzewi Tego Samego.

PŁODNE ODBICIE
Już na początku odwiedza nas dość zamożny zawód: pierwsze pismo to karbowany kij. W przypływie rezygnacji można by powiedzieć, że pismo wykwitło z handlu i dla handlu więdnie.

Pokrętne zasady piktograficznych zapisów, nie mogły spełnić wymogów wczesnej buchalterii. Alfabet ułożono na potrzeby kupców. Obok hieroglificznego pisma istniały w piśmie egipskim znaki jedno-spółgłoskowe dla dwudziestu czterech najważniejszych spółgłosek tego języka. Służyły jedynie do zapisywania obcych nazw własnych – i leżały odłogiem. Dopiero w miastach Lewantu kupcy, borykający się z potrzebą zanotowania coraz większych ilości danych, zaczęli używać wyłącznie znaków literowych. Funkcjonalny, nieobrzędowy i demokratyczny charakter alfabetu otworzył drogę na Ilość oraz Bezdroże. Ich dorodne dzieci, Skaza i Sprzeczność, miały łatwe dzieciństwo – i odziedziczyły dozgonną przyszłość.

JABŁKO MIDASA
Już same rozmiary Księgi powodują, że mówienie o jej walorze scalającym możemy włożyć między legendy. Jej „lektura” jest z jednej strony niemożliwa (bo nie da się jej „przerobić”), z drugiej zaś rozbija w proch cząstki, z którymi przychodzimy do lektury. Lektura czyści nas i – jak łatwo się domyślić – nie jest to ten rodzaj czystości, którego pożądamy; czystość iluminacji bądź czystość wynikająca z uporządkowania są nie do pomyślenia. Jeśli już coś myślimy jako iluminację, to jej czas jest ograniczony i w konsekwencji wzmaga w nas jedynie pragnienie kolejnego rozbłysku, który byłby spisem treści Księgi lub jej kongenialnym streszczeniem. Każda próba odczytania Księgi rodzi Księgę – lub roni ją.

PRZYDZIAŁ KOMUNALNY
Jesteśmy lokatorami w lekturze. Zawsze może przyjść wymówienie.

Ludzie pogrążeni w depresji mówią, że „nic do nich nie trafia”. Nie trafia do nich żadne słowo. Mowa odstawia ich na bok, a oni tracą wrażliwość na światełko słowa, które mogłoby im wskazać drogę powrotu z wygnania.

GŁÓD SENSU / SENS GŁODU
Zaglądając do lodówki, widzimy nasz pokarm i przez chwilę czujemy chłód, który stał na straży przyszłych potraw. Chłód jest nieprzyjemny, ale konieczny dla zaspokojenia naszego łaknienia i smaku. Lecz nikomu niech się nie zdaje, że w ten sposób chcę powiedzieć, iż język to ów kontrolowany ziąb w nas zainstalowany, podlegający władzy jakiegoś termostatu, do którego zresztą nigdy nie byłoby dostępu.

Przygotowując potrawę na palniku, czujemy bliskość groźnego ciepła, które może wyrządzić nam krzywdę, jeśli nie zachowamy koniecznej ostrożności. Żar jest złowrogi, lecz konieczny dla zaspokojenia naszego smaku i łaknienia. Lecz niech nikomu nie przychodzi do głowy, że w ten sposób chcę powiedzieć, iż język jest tym kontrolowanym płomieniem w nas zainstalowanym, podlegającym władzy jakiegoś regulatora, do którego zresztą nigdy nie byłoby dostępu.

GMERANIE W PRÓŻNI
Wśród wersji o przyczynach powstania mowy nie ma tej, która mówi o braku. I brak tej wersji robi największe wrażenie. Pokręćmy się przez chwilę w pobliżu. Czy naprawdę ciało dysponowało jakimś brakiem, skoro w pośpiechu zamontowała się w nas ta rozklekotana bryczka, ten wózek przystrojony wstążeczkami, staczający się w czas?

Dane paleontologiczne – budowa podstawy czaszki z charakterystycznym wygięciem ku dołowi, pozwalającym pomieścić w sobie długie i wysklepione gardło; piersiowy odcinek kanału kręgosłupa, przez który przechodzi rdzeń kręgowy, odpowiedzialny między innymi za przesyłanie instrukcji z mózgu do mięśni klatki piersiowej i przepony, które z kolei umożliwiają precyzyjną kontrolę sposobu wydychania powietrza z płuc – wyprzedzają o dobre kilkaset tysięcy lat jakiekolwiek dane archeologiczne, świadczące o pojawieniu się istotnych i znaczących zachowań symbolicznych. Jeffrey Laitman twierdzi, że obniżenie krtani, będące warunkiem uzyskania motorycznych zdolności artykułowania mowy, wiązało się początkowo z jakimiś względami oddechowymi, a nie z rosnącymi zdolnościami językowymi człowieka. W tym przypadku istniejąca struktura stworzyła niejako przy okazji warunki do powstania mowy. Pytanie, czy równie dobrze mogła zostać niewykorzystana, nie znajduje potwierdzenia w żadnym katalogu wątpliwości.
Czy naprawdę „istniał” brak, który usiłowało przezwyciężyć powstające u zarania ciśnienie mowy? Nawet jeśli to pytanie obciążone jest niewymowną tęsknotą do wynajdywania zasobów niepotrzebnej próżni, będzie ono pojawiać się raz po raz, jak każda możliwość, która wzięła się z tych czy innych pobudek. Lecz brak, z którego wyiskrzyła wiązka pierwszych słów, nie da się prawdopodobnie wypełnić żadnym wyjaśnieniem. Brak melodii tamtego wydarzenia już nam nie towarzyszy. Nie możemy tam wrócić i oddać mu sprawiedliwość – czy inną z naszych zarobaczkowanych pismem rzeczy. Nie możemy nawet uronić nad nim łzy. Pozbawieni przyczyny, układamy playlisty gorączkowych tez, do słuchania podczas przechadzki wśród multiplikujących wyobrażeń. Ta/m/to nie mówi nawet: „Nie mogę wam nic powiedzieć”.

KARMA ZERO
Usiłujące uśmierzyć ból pytanie „Dlaczego był początek?” pojawia się z reguły gdzieś w środku albo bliżej końca. Wykwita w trakcie długotrwałego trwania i pragnie przebudować wszystko, co pojawiło się do tej pory. Pytanie jest bezsilne, lecz narusza wszystko. Naruszone wszystko nie zmienia niczego.

Znajdujący się wewnątrz komórki płyn dotyka błony tylko z jednej strony. Księżyc odbijający się na powierzchni błony nie ma żadnej roli; tutaj jest mniejszy od komórki, już prawie przez nią pochłonięty, lecz w tym stanie krańcowo niepożywny.

BADANIA, WYNIKI
Badania trwać będą aż po utratę języka. Wyniki będą tańczyć aż do utraty zmysłów.

STAN BRUDNY, STAN CZYSTY
Powodowała nami ustawiczna pogoń za ziszczeniem się wizji permanentnego clinamenu. Aby można było rzucić się w kłębowisko nieustających odchyleń, następujących w porządku symultanicznym, diachronicznym oraz w porządkach, które wymagają – tak będzie się wierzyć – dopiero poznania. Reakcje łańcuchowe, trwające bez widoków na przesilenie, stwarzające zręby widmowej dynamiki, której zasady prowadziłaby do zniesienia wszelkich ograniczeń w ruchu.

Fala nie znajdująca brzegu. Fala zastępująca brzeg i wszystkie lądy. Fala docierająca do korony słońca. Fala znikająca w koronie słońca, bez znaków kraczących koniec. Kres odchyleń wzbudzony pragnieniem ich nieskończonej gry.


(...)

Źródło: "http://poewiki.vot.pl/index.php?title=Strona_osobista:Cezary_Domarus"

Ostatnio zmieniane o 22:53, 25 listopada 2007


[PoeWiki]

Edytuj
Rozmowa
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych
Wkład uczestnika

Strony specjalne