Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Archiwum u Andrzeja Sosnowskiego

Mówisz o czymś, co do czego właściwie wszyscy się zgadzamy, tzn. o wadze bezpośredniego doświadczania rzeczywistości. W momencie jednak, kiedy zaczynasz o tym mówić, sięgasz do archiwum. Mówisz o swoim doświadczeniu tak, jak wiele innych osób mówi o innych doświadczeniach - używając tych samych słów, tej samej składni. I gdzie jest w tych słowach niezwykłość twojego doświadczenia? Zachowujesz w pamięci dosadność i doraźność swojego wrażenia jako coś bezpośredniego, ale w momencie, kiedy ma się pojawić papier i litery, w tym momencie powstaje kwestia tego wszystkiego, co doświadczenie już wcześniej osaczyło w słowach. I tu widzimy, że nie ma możliwości wyjścia z archiwum. (...) Próbuję zatem, mówiąc inaczej, uniknąć naiwności wiary w to, że przy opisie własnych doświadczeń można dać sobie radę bez archiwum. Doświadczenie bez archiwum po prostu nie istnieje, bo ląduje poza językiem.

(fragment wywiadu z Andrzejem Sosnowskim, Odra nr 12, grudzień 2000r.)

zobacz hermetyzm

zobacz sosnowszczyzna

DYSKUSJA

Spis treści

Rozwój języka

Bardziej by mi pasowały takie słowa do Charlesa Reznikoffa, który był archiwstą sądowym, wydaje mi się, że gdyby wyjście poza archiwum nie było możliwe, nie byłby możliwy jakikolwiek rozwój języka (a jakiś jego rozwój być musiał, patrząc z odpowiedniej perspektywy, czy można przyjąć że dalszy jest niemożliwy?), z tym nieistnieniem doświadczenia bez archiwum, to chyba trochę z tym drzewem w środku lasu, co narobi/nienarobi hałasu. -- M M


Co masz na myśli mówiąc o rozwoju języka?--mat


A zupełnie proste rzeczy, tylko w odpowiedniej perspektywie czasowej, dłuższej niż jedno czy dwa pokolenia. To znaczy rozwijając, chodzi mi o to, że nie ma potrzeby nazywanie czegokolwiek, czego się nie doświadczyło, pojawia się potrzeba, żeby nazwać, w momencie, kiedy pojawia się doświadczenie, sięga się do archiwum, jeśli w tym archiwum nie ma nic adekwatnego, to wtedy pojawia się problem, który jakoś trzeba rozwiązać, wprowadzając neologizm, kompilując, sklejając, dodając do istniejącego coś nowego, albo posiłkując się jakimś wzorcem tworząc coś nowgo, co potem znów trafia do archiwum i zaczyna w nim funkcjonować samodzielnie, na podstawie czego zabawę można zacząć od nowa. Ewentulanie można by tej powyższej wypowiedzi zarzucić, że nie definiuje archiwum, ale nawet jeśli na archiwum patrzeć jako nie na słownik, a zbiór reguł, to te reguły też podlegają zmianie, dostosowywaniu, jakiej ewolucji. Można by się zastanawiać, że chodzi o archiwum jednostki, ale to z kolei podlega ciągłej aktualizacji. Dla mnie to archiwum nie jest ustalone, jest raczej zbiorem rzeczy zamiennych lub zmiennych, a wszelkie zmiany w tym archiwum inicjuje doświadczenie. No i przypomina mi to koło hermeneutyczne wszystko, ale zbyt kiepsko znam Gadamera, żeby jakoś to na serio porównać i może też być tak, że to co napisałam, to jednak bzdury praktyka, który nie rozumie teorii:)-- M M


Samo archiwum ze swej istoty jest przecież wtórne, czyż nie? alx d


No, zgadza się, zaczyna się robić koło, co mi coś przypomina:)-- M M

Monika, piszesz: chodzi mi o to, że nie ma potrzeby nazywania czegokolwiek, czego się nie doświadczyło, pojawia się potrzeba, żeby nazwać, w momencie, kiedy pojawia się doświadczenie. Mam przeczucie (ale niejasne), że Sosnowskiemu chodziło właśnie o coś przeciwnego Twoim słowom - pisać o czymś czego nie ma jeszcze w archiwum. I to jest jakaś tam próba pewnego przewartościowania przy jednoczesnym, paradoksalnie, unikaniu nawiności wiary w to, że się uda, jak mówi A.S. --mat

Kłamstwo

Pamiętam, że ten wywiad zrobił na mnie wówczas duże wrażenie. W zasadzie zgodziłem się z bohaterem w całej rozciągłości. Teraz jak jestem o wiele starszy to myślę jednak, że nie szkodzi, że to, co opisujemy będzie wyrażone poprzez słowa już dawno użyte, co deprecjonować ma nasze doświadczenie czy też niwelować jego świeżość. Bądź co bądź, miarą dobrej poezji są między innymi niespotykane konfiguracje słowne (czyli może to już nie archiwum?) – w sensie porównań, metafor i innych środków. Właściwie ich ilość, tzn. konfiguracji jest nieskończona. Jest szansa, że na każdego z nas słowa, ich układ będzie działać nieco inaczej, zależnie od bezpośrednich doświadczeń rzeczywistości właśnie. I to może pozwoli oddać każdemu z osobna wyjątkowość doznań. Język to język. Jeśli już piszemy, to będziemy to robić (tak jak mówimy) i się nie wypiszemy raczej, ponieważ materiał mamy taki, a nie inny. Co innego dźwięki na przykład, ale one nie muszą nazywać, nie mamy przed oczyma papieru i znaczków, no mamy zapis nutowy, ale nie w tym rzecz, oczywiście. W sensie - powiedzmy – biologicznym doświadczenie może i ląduję poza językiem, bowiem mój rozmówca nie zacznie krwawić w okolicach jabłka Adama, kiedy będę mu opisywać jak zaciąłem się przy goleniu. Natomiast rozmówca ten, coś sobie w związku z moimi słowami wyobrazi, jak będzie słuchać - swoje mianowicie doświadczenie. A to ma sens. No nie?--mat

A jeszcze: Jakub Winiarski użył powyższego cytatu w recenzji tomiku Leokadii Szczecińskiej-Michalak. Tomiku nie znam, natomiast czytając cytaty w treści recenzji i zakładając, że są reprezentatywne, to ja bym się pokłóciła, czy te teksty lądują poza językiem, raczej właśnie poza doświadczeniem, a dokładniej poza dekompresją doświadczenia i z pewnością jest to wina języka, ale nie wiem, czy niekorzystnia z archiwum, czy niedostatków jednostkowego archiwum, bardziej optowałabym za tym ostatnim. -- M M

No tutaj cytat użyty został w jego powierzchownym sensie. Natomiast uważam, że podejmowanie świadomych prób, bez żadnych być może szans powodzenia, świadczy o wielkiej, że tak powiem, mądrości.(Tu mamy również źródło hermetyzmu.) To nie byle co, być w takim położeniu (już być?) W jakiejś innej wypowiedzi autor Życia na Korei zwracał uwagę na pewien brak autentyzmu w poezji, co łączy mi się z pojęciem archiwum i wychodzeniem poza. Szło o to, że kiedy czytamy w wierszu dajmy na to: jest niedziela po południu to wiąże się to z kłamstwem jakie serwuje nam poeta, ponieważ dla nas czytelników, choć może być, to raczej nie jest akurat ten dzień, o tej właśnie porze. --mat


E, z tym kłamstwem, to ja bym była ostrożna, w końcu kłamstwo to jest raczej świadome podanie informacji niezgodnej z rzeczywistością i to jeszcze od strony woli nacechowane celem, żeby wprowadzić w błąd odbiorcę, co do stanu tej rzeczywistości. W poezji, literaturze kłamstwo jest niemożliwe, bo ze względu na okoliczności wyłączony jest ten cel, nie chodzi o to, żeby czytelnik uwierzył, że rzeczywistość "taka jest", tylko że "taka mogłaby być", chodzi o wiarygodność. Nikt nie będzie dowodził, że poeta podał informacje nieprawdziwe, będzie oceniał tylko na podstawie samej wypowiedzi - wiersza i swojego doświadczenia (i archiwum), czy wierzy autorowi, czy nie. -- M M 09:00, 12 marca 2008 (CET)

Z kłamstwem to może faktycznie przesadziłem. Miałem na myśli fałsz, na który skazany jest poeta już na wstępie, bo z pierwszym słowem musi sięgać do tego archiwum. Pytanie czy próbować od tego uciekać czy dać sobie spokój. Czy czujemy się wobec tego bezsilni czy nie ma to dla nas żadnego znaczenia. W każdym razie sporym sukcesem jest mieć tego wszystkiego świadomość. Chciałbym dodać również, że bardziej lubię mimo wszystko czytać poezję bliższą życia, że się tak bezceremonialnie wyrażę. --mat

Tak sobie myślę, że co innego jest sięgać do archiwum, a co innego siedzieć w nim i nie móc wyjść:)-- M M

Ten pierwszy przypadek to chyba artyści:) --mat
Przeglądałem dzisiaj swoje archiwum -

rozmowa Georges'a Charbonnier z Raymondem Queneau:

G.C. - A ta nieufność, o jakiej pan mówił? Czy istnieje jakaś różnica w nieufności wobec języka mówionego i wobec języka pisanego, czy też poziom tej nieufności pozostaje taki sam?

R.Q. - Pozostaje taki sam, tyle,że na piśmie ulega zwielokrotnieniu, ponieważ kiedy napiszemy "jest dzień", siedząc w Paryżu zimą, w samo południe, to osiem godzin później powyższe zdanie nie będzie już prawdziwe, stanie się fałszywe, potem znów prawdziwe, i tak dalej. Proszę mi wybaczyć, że cytuję Hegla.

Fragment Dialogów radiowych (Literatura na Świecie, nr 6/2000, przeł. Anna Wasilewska)

Cóż, pisarze mi się pokręcili. --mat

Fikcja literacka

No mnie to raczej się widzi, że to jednak nie kłamstwo a fikcja literacka. Tak coś koło tego :) -- Joanna B

Widzisz, idąc za tym cytatem z Odry, musielibyśmy przyjąć, że wszystko w poezji to fikcja literacka. A co z wierszami..yyy..reporterskimi? --mat

yyyyyy... jestem w trakcie pisania, odpowiem potem :) -- Joanna B

A są takie? a w nich nadrzędną kategorią jest rzetelność w przedstawianiu faktów?:D -- M M

Podobnież jak Monika zapytam :) -- Joanna B

Kilka by się znalazło:) A jak stanę u wylotu ulicy z kajetem i nasmaruję w nim wiersz o tym co widzę i z tym co widzę w roli głównej:)? mat

No nie wiem czy by mi wyszło. Ale są tacy co mogliby to zrobić. I robili!:) --mat

Pewnie "Pantera" Rilkego mogłaby się tutaj zaliczyć. alx d

To może zacznijmy od początku; a co to jest wiersz? :)-- Joanna B

Wcześniej wiedziałem, lecz zapomniałem.:)) --mat

No dobra są, ale co z tą nadrzędną kategorią?-- M M

Oczywiście poeta nie ma w zasadzie intencji przedstawienia suchych faktów dla nich samych. Miałem na myśli, Moniko, na przykład takie pisanie jak w pierwszych dwóch książkach u Maćka Meleckiego, jak u Douglasa Dunn'a w Wyprowadzce z Terry Street czy też, dajmy na to, wiersz Punkt Widzenia Kornhausera ze Zjadaczy Kartofli albo, no nie wiem, wiersze Maja ze Wspólnego Powietrza. Czy możemy powiedzieć, że tu mamy fikcję literacką? Możemy i nie możemy. Fakty z tych przykładów oczywiście miały miejsce ("dachy przykryte śniegiem", "zapach tytoniu", "kiełbaski z rożna", "sami inteligenci na ulicy" nawet). Inna sprawa, czy autor był tego świadkiem, bo może zmyśla, gdyż łatwo takie sytuacje sobie wyobrazić. Z tym "archiwum" to może chodzić o pisanie bez faktów jako takich, ale głowy sobie uciąć nie dam.-- mat

Tak na marginesie przypomina mi się pewien poeta, który napisał tomik stricte opisowy, taki dosyć oharystyczny można powiedzieć i poeta ten opowiadał, że wszyscy myślą - są recenzje itd - że sytuacje z tych jego wierszy mu się naprawdę przytrafiły. mat
Myślę, że warto przywołać w tym miejscu Raymonda Roussela, którego utwory, jak sam mawiał, nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, a powstawały oględnie mówiąc na stosowaniu pewnych kombinacji i skojarzeń słownych. Można rzucić okiem na przykład tutaj.

Andrzej Sosnowski zresztą nieraz o nim wspominał.--mat

Archiwum jako archiwum słowne

Opinia AS o archiwum jako archiwum słownym:

Doświadczenie bez archiwum po prostu nie istnieje, bo ląduje poza językiem.

jest fałszywa. Pełne archiwum, czyli nasza pamięć, zawiera o wiele więcej niż marne słowa. Jest tak w szczególności w przypadku wielu artystów, w tym poetów. W archiwum pamięci zachowane są i istnieją obrazy, ruchy, dźwięki, ..., logika bez słów, nienazwane emocje, relacje pomiędzy wrażeniami, .... -- wlod

Właściwie masz rację, jednak w odniesieniu do poezji - a od tego wyszliśmy to całe archiwum ma nieco inny mam wrażenie wydźwięk. Sosnowski nie mówi o archiwum jako samej w sobie insytucji a o języku poetyckim, o oddaniu na papierze tego doświadczenia a nie o naszym doświadczaniu jako takim. Pisze on wyrażnie, że zachowujemy dosadność przeżycia, która blaknie, niknie właściwie po przelaniu na papier. Zatem, jak już wcześniej pisałem, myślę, że ta przytaczana tu koncepcja to próba pisania bez archiwum. To conajmniej ciekawa teoria jakoś tam uwiarygadniająca poezję niezrozumiałą.--mat
Ale, mat, co rozumiesz przez pisanie bez archiwum? Chodzi Ci o to, że jakby wypowiedź staje się sztuką przez to, jaką ma wewnętrzną strukturę, jak grają jej elementy między sobą, ale nie jest istotne, jakie słowa mają desygnaty i jakie sytuacje opisują? alx d

Alx, można to chyba tłumaczyć w ten sposób, ale nie jestem specjalistą. w każdym razie widzę tu szansę. Bycie w pewnym oddaleniu, takie rozluźnienie więzów, poodklejanie sensów. To dobry sposób. Jeden z wielu zdaje się, biorąc pod uwagę, że większości wierszy ja i tak w ogóle nie rozumiem. Chociaż nie - desygnaty są immanentne, chodzi o całość, ostateczny rozrachunek. Są po prostu wiersze, które nie mam pojęcia jak powstały i może to wszystko, to szukanie sposobu. Chodzi mi o warsztat. mat

Ta sobie jeszcze myślę, że cała ta metafora archiwum jest jednak chybiona. Chodzi o to, że zakłada to istnienie jakiegoś wspólnego urzędu, w którym można sprawdzać znaczenia słów. Tymczasem to jest zupełnie inaczej. Takiego wspólnego archiwum nie ma. Każdy ma swoje własne doznania w kontekście używanych słów. Doznania te są dla każdego z nas osobne. Oczywiście zbiegają się te doznania wokół jakiegoś wspólnego obszaru skojarzeń - tylko dzięki temu możliwe jest porozumienie. Jednak niesposób jest określić precyzyjnie, jaki ten obszar wspólnych skojarzeń jest. W wypadku uprawiania języka na skraju jego możliwości komunikacyjnych, a takim sportem niewątpliwie jest poezja, sprawdzanie tych zakresów bardzo często odbywa się przez przemyślane strzały (bo patrzymy na tę wspólną część znaczenia przez pryzmat własnych skojarzeń i doświadczeń), które niekiedy trafiają w próżnię. alx d

Muzyka

Logika bez słów - i chyba właśnie dlatego, jeżeli o mnie chodzi, muzyka ma większą możliwość wyrażania niż poezja. --mat

Czy ja wiem, czy większą, inną to na pewno, może bardziej bezpośrednią. -- M M

Muzyka jest atawistyczna. Mocno działa na zwierzęta (poezja dużo mniej :-). Gdy córka ćwiczyła arie na dworze, to ptaki z taką łatwością podchwytywały i śpiewały harmonie, że córka z uśmiechem potem mówiła, że ptaki ją frustrowały i intymidowały. Znam więcej przykładów, z życia, silnego reagowania na muzykę przez zwierzęta (krowy, itd). -- wlod

Być może właśnie dlatego A.S sięga po różne klasyczne formy wiersza (rytm, melodyka). Wiąże się to z Twoim artykułem i odczytem nastrojowym. Często łapię się na tym, że czytam bez zrozumienia i mimo to jestem w stanie powiedzieć czy mi się podobało czy nie. -- mat

Pamięć

Wbrew AS, nie jest prawdą, że zapamiętywanie zachodzi poprzez słowa:

wydarzenie --> słowa --> pamięć.

Nie jest tak. Gdy są tylko słowa, to jest to szczątkowa pamięć. Na przykład kogoś bliskiego pamiętamy w obrazach i dźwięku (ton głosu, połączony z wyrazem twarzy i gestem). Gdy powracamy do dawnego miejsca, to bywa, że przypominają nam się z ogromną siłą zapachy, i one z kolei wywołują nawał obrazów z przeszłości. Słowa są kiepskim pojazdem i dla myślenia i dla wspomnień. Gdy z W.S. mówiliśmy o nauczycielu sprzed lat, to on wziął ołówek w lewą rękę i jedną kreską oddał więcej niż przysłowiowe dziesięć tysięcy słów. Podam przykład aż ironiczny, przekręcający pogląd AS do góry nogami:

W 1986 lub 7 zagubiłem się w Nowym Jorku. Więc wszedłem do zatłoczonego sklepiku i zapytałem zabieganego właściciela o drogę. Odpowiedział mi, bez zatrzymania się, tak szybko jak tylko w Nowym Jorku, zanim dokończyłem pytanie. Co miałem zrobić, gdy ani słowo do mnie nie dotarło. Wyszedłem przed sklep i odegrałem w pamięci dźwięk, jak z taśmy magnetofonowej (jeszcze nie było kompaktów :-). Udało mi się wyłuskać każde słowo z długiego objaśnienia, po czym bez trudu trafiłem na miejsce. Czyli nawet w sytuacji, w której materiałem do zapamiętania były słowa, zapamietałem nie słowa, lecz dźwięk, a słowa były wtórne.

Pozdrawiam, -- wlod

Kurt Schwitters

Z niniejszym artykułem koresponduje opinia z 1923 roku wygłoszona przez Kurta Schwittersa (1887-1948) niemieckiego malarza, rzeźbiarza, poetę i muzyka:

(...) Znaczenie jest tylko wówczas jednoznaczne, jeśli oznaczony przedmiot leży przed nami. W innym razie jest zależne od wyobraźni odbiorcy.

Skojarzenia nie mogą być nigdy jednoznaczne, bowiem są zależne tylko od umiejętności kojarzenia odbiorcy. Każdy doświadcza innych przeżyć, przechowuje inne wspomnienia, zatem, co innego mu się kojarzy.

Poezja klasyczna zakładała, że wszyscy ludzie są do siebie podobni. Skojarzenia uważała za jednoznaczne. To był jej błąd. W każdym razie opierała swoje konstrukcje na skojarzeniach. Weźmy taki wers "Uber allen Gipfeln ist Ruh". Celem Goethego nie jest bynajmniej proste stwierdzenie faktu, że ponad szczytami panuje cisza, Goethe chce, żeby czytelnik rozkoszował się tą ciszą tak samo, jak zmęczony urzędowaniem, na ogół przebywający w środowisku miejskim, poeta. Żeby uświadomić sobie, jak daleko takim skojarzeniom do powszechności, wyobraźmy sobie, że ten wiersz przeczyta na przykład mieszkaniec stepu (dwie osoby na kilometr kwadratowy). (...) W każdym razie stwierdzenie, że gdzieś jest cicho, nie wprawia go w nastrój poetycki, bowiem spokój jest dla niego czymś normalnym.[1]

  1. ^ W Hans Richter "Dadaizm", Wyd.Artystyczne i Filmowe (Warszawa 1986).

Źródło: "http://poewiki.vot.pl/index.php?title=Archiwum_u_Andrzeja_Sosnowskiego"

Ostatnio zmieniane o 18:31, 19 października 2011


[PoeWiki]

Edytuj
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne