Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Andrzej Dróżdż, Dzicy lokatorzy

Andrzej Dróżdż

Dzicy Lokatorzy

Świat i zaświaty. Ich przenikanie się, bliskość (sąsiedztwo) spraw ostatecznych, sprawia że podmiot liryczny tych wierszy zachowuje daleko idący dystans w stosunkach z rzeczywistością jako taką. Ludzie "stamtąd", na swój metafizyczny sposób, są tu i teraz, obok są:

Cóż począć ze zmarłymi, którzy obstukują ściany
szukając tajemnego wyjścia, którzy nie wierzą w życie doczesne i
nadzieję powszechnego zbawienia, którzy skarżą się na choroby
oczu i serca, albo na ulicach krzyczą – budząc się nagle.(...)
Co uczynić z martwymi dziećmi umarłych mężczyzn i kobiet, które
troskliwie wychowywane stają się dalszymi rozsadnikami śmierci.
Jaką trucizną przywrócić ich do życia.

Podmiot liryczny miota się przez ten dualizm światów: naczynie lęku nieprzerwanie kiełkuje. Szuka oparcia, jakiegoś fundamentu:

Kiedy się przyglądam ich codziennym
sprawom, które przesypują się jak piasek w mrowisku, nie zasypiam
z nudów – zawsze coś nowego ukaże się raptem. Ciche ich rozmowy
nie nużą mnie ani nie niepokoją. Współczuję im tylko
jak sobie i tobie, bo wrzodem obrasta ich życie ułomne.

A więc rytuały i codzienność jak się okazuje zawodzą. Tak jak ideały, które są jedynie przebrzmiałymi słowami:

ojczyzna, którą trudno traktować dosłownie.
dziś jest bardziej przynętą niż rzeczywistością,
krainą lnu i bohaterskich generałów, redutą nie tylko Osterwy. Dzisiaj jej obecność jest jak
mało czytelny teatralny afisz, z którego zeszła farba

a Historia to w gruncie rzeczy jedynie ciężar:

Oblepiona smarami mewa płynie kanałem portowym
- tak samo my, wieków całych padliną.

Często Andrzej Dróżdż w swoich lirykach przywołuje noc - dającą intymność, ale też i bliskość rozpraszającego nas, wypełnionego namacalną, konkretną rzeczywistością dnia:

rozpadamy się po niej z furią jak dwa atomy
w autobusy, w biura, ulegamy przemianie materii
od której ciebie boli głowa a i mnie tyle cię
nie widzieć, co chcieć(...)

- a jeżeli intymność - to kobieta, która tutaj staje się symbolem (Podkop, którym wyjdę jest w tobie), staje się obietnicą tajemnicy (boskiej): (...) niebo i kobieta to jedno. Z niej bowiem, z kobiety, powstaje życie –

Kobieta, która gotuje się do rozwiązania w sierpniu
jest wielbiona przez wszystkie stworzenia.

Kobieta, ale też i dziecko, te splecione z podmiotem lirycznym istnienia, ta bliskość dająca oparcie, stanowiąca rdzeń egzystencji:

dlatego oddychaj głęboko. Niech twoje tchnienie przybędzie w porę,
gdy ust mi braknie dla złapania tchu,

lecz egzystencji przepełnionej lękiem i niepewnością: pisze autor Dzikich Lokatorów o dziecku:

(...) jaki zapis dostanie od ciebie i ode mnie,
jaką gwarancję? On, mieszkaniec Gomory, obywatel Sodomy.

Kobieta, dziecko i mężczyzna prawie wyłącznie w tych lirykach bez imion niczym wiersze bez tytułów. To jest ten wspomniany na początku dystans, na dobrą sprawę pewna nasza niepełna obecność, Bóg przy tym jest (skoro kobieta ma jego pierwiastek), jest niezmiernie daleko, lecz ostatecznie - i co najważniejsze: nieprzerwanie:

(...) Skryty za gęstym żywopłotem Ogrodnik
dogląda cierpliwie swego dzieła,

świat natomiast ma zapach Hostii.

Podmiot tych wierszy świadom jest swojej bezsilności i nie mamy tutaj nadziei a tylko pewnego rodzaju przeczucie jakiegoś w gruncie rzeczy sensownego finału:

Już nic nie potrafię zmienić,
nawet swojego cienia.
Wyprostowany w wieczność
szczelnie przylegam do ziemi
i jak ona niezmienna
godzę się, że nic nie potrafię
zmienić bo jestem na skraju rzeczy.

Lecz jeśli nawet pozostanie po nas li tylko mistyczny ślad krwi to:

Choćby w głębokiej studni nicości
- a doczekać się.
Zwątpić a pozwolić się z nim ukrzyżować.

Jednocześnie należy w tym miejscu również oddać to, że autor Wyznań i Osadu potrafi być niezwykle liryczny i sugestywny w obrazowaniu. Warto na ten przykład przytoczyć jeden z wierszy w całości:

Słońce pełznie powoli po mokrych kamieniach,
przeciska się przez rzadkie sztachety i z płotu
złazi w wygrabioną ziemię

w czereśniowym sadzie. Tu z wilgotnych gałęzi wymyka się
zieleń - naiwna i zielona lepi się jak siksa
do tej, co ją zgarnia, ręki sadownika.

Przycinanie gałęzi ogrodniczą piłą.
Tak co roku mężczyzna w podniszczonej kurtce
i w filcowych butach na początku wiosny robi obchód sadu.

Wiatr niesie od miasta rzężenie pochodu, który
skończył się z jękiem w brutalnej zapaści.
Kosy wrzeszczą z radości nad kupą pędraków

chrabąszcza, wygrzebanych z ziemi szpadlem ogrodnika.
Skaleczone drzewko. Słońce na nie wchodzi,
zapuszcza korzenie w każdy kwiat czereśni, co z nagła wystrzelił.

Dzicy Lokatorzy to zbór niezwykle świadomych wierszy, okupionych bólem istnienia, świadomością nieuchronności, dramatem człowieka i jego nieustannym poszukiwaniem istoty życia. Andrzej Dróżdż bowiem w swojej twórczości stawia fundamentalne pytania w sposób bezpośredni, tworząc poezję par excellence, że tak powiem, mającą swój ciężar gatunkowy. Poezję zmieniająca czytelnika. Ze mną w każdym razie tak właśnie było. mat

Andrzej Dróżdż, Dzicy lokatorzy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984r.


[PoeWiki]

Edytuj
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne