Wersja do druku Brak logowania
Zaloguj mnie | Pomoc

Adam Mickiewicz/Stepy akermańskie

< Adam Mickiewicz

Spis treści


Stepy akermańskie

Stepy akermańskie[1][2][3]

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy[4] burzanu.[5]

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;[6]
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.[7]

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa[8] na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.



  1. ^ Stepy akermańskie znajdują się przy ujściu Dniestru do Morza Czarnego, w odległości kilku kilometrów na południowy zachód od Odessy. Nazwa pochodzi od miasta Akerman (obecnie Białogród nad Dniestrem), stolicy byłej guberni besarabskiej, zlokalizowanego na prawej stronie limanu Dniestru.
  2. ^ Pierwszy utwór cyklu Sonetów krymskich - Stepy akermańskie nie są w ścisłym sensie częścią zapisu podróży Adama Mickiewicza do Krymu. Utwór ten powstał wcześniej, w związku z podróżą do Akermanu. Poeta został tam zawieziony przez obywatela z Podola K. Marchockiego, którego poznał u Sobańskich. Sonet został napisany w stepowym futorze w Lubomile. W tym czasie Mickiewicz nie nosił się z zamiarem napisania cyklu Sonetów krymskich. Dopiero na etapie układania kolejności cyklu sonet o podróży do Akermanu zajął miejsce wstępu do całości przedstawiającej wrażenia z podróży nad Morze Czarne.
  3. ^ Istnieje kilka zapisów tego utworu: wersja brulionowa, czystopis, wersja wydrukowana (zaprezentowana tutaj) oraz wersja z albumu Elizy Branickiej.
  4. ^ Słowo ostrów oznacza wyspę, kępę.
  5. ^ Na Ukrainie i Pobereżu nazywają burzanami wielkie krzaki ziela, które w czasie lata kwiatem okryte nadają przyjemną rozmaitość płaszczyznom - przyp. A. Mickiewicza.
  6. ^ Kurhany to usypane w stepie rękami ludzkimi kopce, cel ich powstania nie jest jasny; mogły powstać one dla celów wojennych - dzięki nim można z wysokości śledzić ruchy wrogów, mogły powstać jako znaki drogowe, wreszcie niektórzy uważają je za mogiły bohaterów.
  7. ^ Metaforyczne określenie lampa Akermanu może być zinterpretowane na kilka sposobów: według pierwszego z nich "lampą" jest księżyc, dziewiętnastowieczne opisy dawały podstawę do interpretowania jej jako latarni morskiej na minarecie akermańskiego meczetu, W. Kubacki w Z Mickiewiczem na Krymie s. 270-272 zinterpretował "lampę" jako rozlewisko limanu Dniestru. Więcej na temat interpretacji "lampy" można przeczytać w: Stanisław Makowski, Świat "Sonetów krymskich" Adama Mickiewicza, Warszawa 1969
  8. ^ Wyraz kołysa jest formą wymyśloną przez Mickiewicza i używaną częściej w Sonetach. W liście do Lelewela z 19 sierpnia 1827 znajdujemy takie wyznanie: grzech gramatyczny popełniony z namysłem i nieprędko chyba skruchę uczuję. Odwykłem od dźwięków mowy ojczystej, kołysa i kląska milsze dla mnie aniżeli sze i szcze. Może się potem poprawię, ale dotąd muszę się swojego ucha radzić i jemu zaufać.


Kontemplacja III, czyli kim jest ten nikt?

Ten wiersz jest popsuty. Nie działa ani trochę. Ta końcówka:

Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

Co mnie, żyjącego wśród puszcz elektrycznych Polaka w początku XXI wieku, obchodzi głos z jakiejś tam Litwy? Czy chodzi tu o bliżej nieokreślone duńskie miasto? No tak, jest takie państwo w Europie - prawda. Tuż za naszą granicą, na północy. Czymże jednak dla mnie jest Litwa? Czy mnie ktoś tam woła? Jeszcze kilka lat temu, aby się tam dostać, trzeba było odstać swoje w długaśnej kolejce do okienka. Swego czasu miałem dzięki temu świetną okazję do pokontemplowania nadciągających obłoków (czemu zwykle nie można poświęcić wystarczającej uwagi podczas prowadzenia samochodu) zanim dotarłem wreszcie do pana w mundurze, który w niesamowicie niezrozumiałej mowie przyjmował lub nie przyjmował na teren. Tym razem mnie przyjął.

W samym Wilnie można było nawet porozmawiać w niektórych miejscach po polsku, ale w innych z kolei dawało się odczuć, że to jest jakieś takie nie na miejscu. Tak przywitała mnie Litwa, dzisiejsza Litwa, z obudzonym narodem litewskim, wywodzącym swój język, kulturę i historię od plemion, którymi w XIII i XIV wieku władali Giedymin, Jawnuta czy Olgierd. Te plemiona tworzyły potem Rzeczpospolitą Obojga Narodów - coś, co my tutaj i teraz skupieni cywilizacyjnie wokół Warszawy przywykliśmy uważać za dawną Polskę. Tymczasem w ramach tejże Rzeczpospolitej jakoś tak się złożyło, że już pod koniec XVIII wieku w zasadzie mówiło się otwarcie o wymarciu tej bałtyjskiej kultury - z ozdobnych kart dziejów wytarte zostały jej kolory. To dlatego przecież osadzony po czubek głowy w polskiej kulturze Mickiewicz nostalgicznie odwoływał się w tym wierszu do Litwy tak, jakbym powiedzmy ja odwoływał się do Kujaw. Właśnie to wygłuszenie znaczenia litewskości w łączności ze średniowiecznymi zwyczajami i językiem, ale w polskim otoczeniu, było potem powodem, dla którego zapoczątkowany przez pięć lat starszego od Mickiewicza Simonasa Daukantasa ruch budzenia świadomości narodowej Litwinów formował swoje poczucie jedności na opozycji do kultury Kochanowskiego i Sobieskiego, na przypisywaniu Polakom zła związanego z niszczeniem czy ciemiężeniem tej odnogi ludów indoeuropejskich. Tak oto o poglądach Daukantasa pisał Tomas Venclova:

Już w "Czynach starożytnych Litwinów i Żmudzinów" natrafiamy na diatrybę wymierzoną w ciemne siły tego świata, które przy pozorach jedności... mają lud [litewski] w pogardzie. U Daukantasa te nienazwane ciemne siły najpierw pozbawiły Litwinów wolności, potem zakuły ich w kajdany, a na koniec oddały bandytom jako niewolników. Bez trudu można się zorientować, że ciemne siły to polska arystokracja, natomiast bandyci to carska władza. [...]

Tomas Venclowa, "Powrót do rodzinnej Europy, czyli Mickiewiczowska Litwa i Mickiewicz na Litwie"

To właśnie to uprzedzenie, a może nawet nie tyle uprzedzenie, co strach. Strach przed powtórką z historii, przed zdominowaniem przez silniejszego populacyjnie i ekonomicznie partnera spowodował, że powstała na początku XX wieku koncepcja federacyjnego Międzymorza nie została przyjęta przez Litwinów przychylnie. Tę nieprzychylność zaś, bardziej jeszcze, podsycało zajęcie Wilna przez polskie wojska. Zwłaszcza, że jak pisał sam Marszałek:

Do żadnego miasta zdobytego przeze mnie nie wjeżdżałem z takim uczuciem, jak do Wilna.

Wtedy głos z Litwy był silny. Nas, Polaków w Litwie, było jeszcze bardzo dużo - każdy Polak miał tam ukrytą małą, ciepłą cząstkę siebie. Może nie aż tak ważną i drogocenną jak ta teraz czasami przywoływana cząstka Krakowa w każdym z nas. Ta, którą Marcin Baran ukazał z samego środka najpowszedniejszej i najprzaśniejszej codzienności w swym wierszu Krakowska śledziona:

Nadciągające z lewej oraz z prawej strony obłoki
są jak ozdobne karty wielkiego manuskryptu.

Marcin Baran

Ta właśnie cząstka zasadzona przez wieki historii i przez samego Mistrza Adama wołała nas wtedy. Usunięcie jej z sedna naszej jaźni byłoby trochę jak wyrwanie kartki z książki: bolesne, nieestetyczne, barbarzyńskie, wołające o odwet. Spróbujmy sobie to wyobrazić. Ten odgłos wydzieranej kartki - potem strzępy.

Pomarzmy jednak chwilę. Załóżmy, że mimo wszystko Marszałkowi się udało, że słowa o "zdobyciu" nie ubodły Litwinów i zgodzili się na stworzenie nowej Rzeczpospolitej Kilkorga Narodów. W niedalekiej historyczno-geograficznej przestrzeni bytów państwowych podobnych organizmów było kilka. Mogłaby taka rzeczpospolita na przykład pójść za wzorem Konfederacji Helwetyckiej i próbować łączyć w wysokim stopniu niezależne twory społeczne pod wspólnym sztandarem. Osiągnięty w ramach takiej formy kompromis oznaczałby niewielkie znaczenie centrum politycznego. Pytanie, czy takie rozwiązanie byłoby możliwe w wypadku państwa położonego na nizinie pomiędzy dwoma innymi żywiołami społecznymi, potęgami demograficznymi i cywilizacyjnymi: Niemcami i Rosją. Na nizinach wieją wiatry, silne wiatry historii - to wiadomo. Trudno się zakopać w górach i liczyć na to, że zima oraz lawiny wygniotą przeciwnika tak, że po przemaglowaniu warunkami atmosferycznymi z tylko niewielkim dodatkiem okropieństw wojny jego nerwowi, rozstrojeni i dojrzali do psychiatry żołnierze będą mieli ochotę na trzymanie się miejscowych okoliczności przyrody. Wydaje się zatem, że taki model niekoniecznie by się sprawdził. Prędzej Międzymorze wyewoluowałoby w coś na kształt federacji z relatywnie silnym centrum - z silnym centrum do stawiania czoła problemom nieuchronnie związanym z obecnością tak intensywnych organizmów sąsiednich państw. Tym bardziej, że był naród, który aspirował od roli tego centrum - my, Polacy, zawsze chcieliśmy być potężni i ważni (bo czy inaczej mielibyśmy szansę się utrzymać? - w każdym razie mamy przekonanie, że bez siły nie mielibyśmy), a bogactwo naszej kultury, przeszła potęga i cywilizacyjne osiągnięcia przemawiały za tym, że takie przewodnictwo właśnie nam się należy.

W czasach po I wojnie światowej silne centrum było nieuchronnie związane z poważaniem wobec pojedynczej osobowości - dominującego przywódcy narodu, a może społeczeństwa. Takimi ludźmi byli m.in. Stalin, Hitler, a u nas Piłsudski. W państwach z założenia wielonarodowych, w których narody składowe miały porównywalne pozycje, takimi postaciami byli Aleksander I Karadziordziewić czy Tomasz Masaryk. Obaj ci politycy nie byli klasycznymi przywódcami autorytarnymi. Cieszyli się estymą raczej dlatego, że zajmowali centralną pozycję w układzie władzy swoich państw i mieli ogromny kredyt zaufania społeczno-politycznego wynikający z faktu, iż w przeszłości sprawdzili się w kluczowych momentach historii swoich narodów. Przy czym Karadziordziewić starał się prowadzić swoje państwo w kierunku monarchii konstytucyjnej, zaś Masaryk w kierunku demokracji. Każdy z nich jednak był mocnym punktem odniesienia dla kształtowania się narodowej tożsamości. Prawdopodobnie obecność tych silnych autorytetów była niezbędna do utrzymania w jedności struktur państwowych w przedwojennych społecznościach wielonarodowych Jugosławii i Czechosłowacji. Po II wojnie światowej w obu tych państwach układ ze skupionym w rękach pojedynczej jednostki dominującym wpływem utrzymał się: w Jugosławii władzę dzierżył Josip Tito, a w Czechosłowacji zwornikiem był komunistyczny ustrój autorytarny z galerią wodzów zaczynającą się od Klementa Gottwalda, a kończącą na Gustawie Husaku.

Z czasem jednak ta spoina się wykruszyła. Zabrakło centralnej siły dośrodkowej autorytetu. W wyniku tego w obu wspomnianych wyżej krajach nastąpił rozpad państwa wielonarodowego. W każdym z nich rozpad odbył się jednak w inny sposób. W Czechosłowacji silna pozycja humanistów takich jak Vaclav Havel z czeskiej strony i Alexander Dubček - ze słowackiej, wytworzyła sytuację, w której mogli oni łagodzić spory odśrodkowe. Być może też grała tutaj dużą rolę szwejkowska natura naszych południowych sąsiadów. Jak pisał Josef Jedlička w swojej książce České typy aneb Poptávka po našem hrdinovi (cz. Czeskie postaci albo Pytanie o naszych bohaterów):

Dlatego dla Szwejka żadna cena, jakiej od niego zażądają za możliwość przeżycia, nie będzie zbyt wielka.[1]

Pewnie też humanistyczne dziedzictwo Masaryka, autora wypowiedzi:

Wy wszyscy, każdy, musimy wytrzymać opinie innego. Demokracja to dyskusja.

odegrało tutaj jakąś drobną rolę.

Inaczej sprawa się miała u południowych Słowian. Tutaj spoiwo musiało mocno pracować, miało co zlepiać. Przed II wojną światową Jugosławia była zdominowana przez Serbów, którzy niejednokrotnie okazywali swoją męską szorstkość wobec innych narodów południowosłowiańskiego państwa. W czasie trwania parzących struktur wszechogarniającego konfliktu z lat 40. XX wieku odbiło się to na nich na wiele sposobów: począwszy na braku subordynacji wśród nieserbskich oddziałów jugosłowiańskiej armii, poprzez czystki etniczne na terenie Kosowa, a skończywszy na ludobójczych praktykach chorwackiego reżimu Ustaszów. Tak, naprawdę w tym kraju było co spajać i na pewno po wojnie Serbowie musieli w ciszy przełykać uczucia wyrażane tym oto wierszem:

Martwi ojcowie

Pustkę naokoło wypełnić by można
kilkoma miłymi pozdrowieniami, gdyby były.
Bezszelestnie ulicami snują się martwi ojcowie,
nerwowi, rozstrojeni, dojrzali do psychiatry.
Załamują ręce, zwracają uwagę na siebie niewidzialni.
Zostają po nich tylko niewyraźne plamy
przez które, niechcący, przechodzimy idąc do pracy.

Tito Bilopavlović, z chorwackiego tłum. Muriel Kordowicz

Gdy umarł Josip Broz-Tito zabrakło lepiszcza. W roku 1986 wyszedł w Jugosławii nagrany przez Bijelo Dugme album z piosenką Pljuni i zapjevaj moja Jugoslavijo (srbchrw. Spluń i zaśpiewaj moja Jugosławio), której emocjonalną, ujmującą wymowę można spokojnie porównać z naszym "Nie pytaj o Polskę" Obywatela G.C. Jednocześnie jednak w tym samym roku przewodniczącym serbskiej odnogi komunistycznej partii Jugosławii został Slobodan Milošević. Małe, równo dotąd zapakowane pudełko z pamięcią dawnych zdarzeń zostało otwarte. Jednym z bardziej uniwersalnych sposobów zdobywania siły politycznej jest przekonanie ludzi, że cząstka tego związku, który łączy ich miłością oraz szacunkiem z matką i ojcem, z braćmi, a także z dalszą rodziną - te ciepłe rozmowy, ale i raniące emocjonalnie potyczki, które stanowią sens naszego codziennego istnienia, że cząstka tego węzła jest ściśle powiązana z bieżącymi problemami całej społeczności. Dla Serbów, choć czuli się dobrze w ramach Jugosławii, niewątpliwie było problemem to, co się stało w czasie wojny. Ważne zaczynało być, aby skończyć "przechodzenie przez niewyraźne plamy". Krwiste plamy z przeszłości zaczęły być coraz wyraźniejsze. Coraz bardziej ich wyrazistość była spleciona z namiętnościami związków rodzinnych.

Kilka lat później w roku 1990, pod wpływem ustąpienia rządów komunistycznych w Polsce, odbyły się pierwsze wolne wybory w republikach Jugosławii. Jakoś tak okazało się, że na wolności nikomu nie było po drodze ze wspólnym podwórkiem. Jakoś tak śpiewana przez Bijelo Dugme piosenka Ljepa naša, łącząca hymn Chorwacji z pieśnią żołnierzy serbskich z czasów I wojny światowej, okazała się najbardziej znienawidzonym utworem tego zespołu. Wyczerpała się formuła południowosłowiańskiej federacji i składowe republiki skorzystały z usankcjonowanego w konstytucji prawa do secesji. Problem w tym, że narody jugosłowiańskie rozmieszczone były nie tak, jak mówiły granice państwowe. Chyba najdotkliwiej problem ten odczuwalny był w Bośni i Hercegowinie, gdzie czasem zagroda używającego cyrylicy i chodzącego do cerkwi Serba sąsiadowała z zagrodą piszącego łacinnicą i chodzącego do katolickiego kościoła Chorwata, a z kolei obie one miały wspólną granicę z trzecią zagrodą chodzącego do meczetu Muzułmanina. Mało tego - często w Jugosławii, a chyba najczęściej w Bośni i Hercegowinie właśnie, granica między narodowościami przebiegała przez środek człowieka. Dziesięć palców na jedną stronę/drugie dziesięć na drugą stronę - jak śpiewał Kazik Staszewski. Wielu ludzi miało w Jugosławii pochodzenie mieszane.

Oczywiście, gdy się człowiek nagle znajdzie na cudzym podwórku, zaczyna się bać, że go będą na siłę wpychać do kątów albo, co gorsza, widłami przegonią. Strach. Nahaj rozpędzający agresywne uczucia. Ten jeden demon rozhuśtany zbyt gwałtownymi i niedoświadczonymi ruchami wyzwalających się społeczności spowodował, że Bałkany zmieniły się w maszynę do mielenia czerwonego pyłu ceglanego, w krwawą wirówkę. Już w maju 1991 roku zakłębiły się do sensów ciężkie słowa:

Do widzenia...
noc gwiazdami zaorana,
w piersiach naszych eksploduje pusty wieczór,
zbyt jest ciężko łzy przetapiać w męską szorstkość,
zbyt jest ciężko gorzkiej prawdy w ustach nie czuć.
Niebo w błocie zatopione pije ziemię
i zwichrzone, granatowe szarpie drzewa,
to zbyt trudno nigdy szczęścia swego nie mieć
i o szczęściu bohaterstwa swego śpiewać.

Krzysztof K. Baczyński Pożegnanie żałosnego strzelca

Te słowa, które dla nas, kilkadziesiąt lat po wydarzeniach, jakie je skrystalizowały, kilka pokoleń od bezpośrednich świadków tych zajść, są już tak przezroczyste w swojej abstrakcyjności - abstrakcyjnie przeźroczyste, stały się prawdziwe i soczyste od życia w nich tętniącego.

Wróćmy może jednak z tej przydługiej wycieczki na południe. Mogliśmy mieć nasze wielonarodowe Międzymorze. Pewnie w jego skład weszłaby Litwa, Białoruś, Ukraina, może nawet Łotwa. Z naszą dumną historią pewnie chcielibyśmy zajmować w tym gronie silną pozycję, najlepiej dominującą. Jednak doświadczenia II wojny światowej i wydarzenia takie jak rzeź wołyńska, w której zginęło bardzo wielu Polaków, czy, patrząc bardziej w kierunku Litwy, masakry w Ponarach i Glinciszkach, czy te wydarzenia nie wskazują, że nasze relacje wewnątrz takiego organizmu przypominałyby relacje wewnątrz Jugosławii? Czy nasza duma połączona z wymieszaniem etnicznym na Litwie i Ukrainie nie dałaby podobnego efektu jak na południu? Czy nie mielibyśmy powodów do tego, aby po tragicznych doświadczeniach ze strony współziomków w czasie II wojny światowej nasze emocje zastępować próżnią obecną w tym wierszu:

Małe pudełko


Małemu pudełku rosną pierwsze zęby
I rośnie mu mała długość
Mała szerokość mała próżnia
I w ogóle wszystko co ma

Małe pudełko dalej rośnie
I teraz jest w nim szafa
W której ono było

I rośnie dalej dalej i dalej
I teraz jest w nim pokój
I pies i miasto i ziemia
I świat na którym ono było

Małe pudełko przypomina sobie dzieciństwo
I z wielkiego pragnienia
Znów się staje małym pudełkiem

Teraz w małym pudełku
Jest cały świat mały malutki
Można go wrzucić do kieszeni
Można ukraść można zgubić

Chrońcie małe pudełko

Vasko Popa, z serbskiego tłum. Grzegorz Łatuszyński

Dużo tych podobieństw. Czy przy rozpadzie zdobylibyśmy się na takie pokojowe rozwiązanie wspólnoty, jak Czesi ze Słowakami? Mocno to niepewne. Nasza polityka rzadko obfitowała w humanistów na wysokich szczeblach władzy, ale za to była mocno nasycona pierwiastkami narodowymi. Na pewno w wypadku zawirowań historycznych przypomnielibyśmy sobie wszystkie możliwe rzezie. Na pewno Polacy z terenów Ukrainy i Litwy, czuliby się zagrożeni jak Serbowie u Chorwatów, bo kto by nam zagwarantował nasze prawa, jeśli nie my sami swoim własnym oporem. Byłyby uczucia. Może nawet takie:

Ten ostatni
którego przed chwilą
opuściła neutralna pustka
samozadowolenia
nic nie może zrobić
z agresywnymi
uczuciami
które stanęły
dęba,

Banija '91, Slavko Jndričko, z chorwackiego tłum. Muriel Kordowicz

A może ja jestem jakiś dziwny. Może moja sąsiadka, która ma już osiemdziesiątkę na karku i urodziła się w okolicach Wilna - może jej obecność za płotem coś znaczy? Ona, nie raz to było widać, tęskni do tych jezior ogromnych, do których już nie wróci. Słychać tę nutę goryczy, jak w wierszu:

Mówię do ciebie po latach milczenia
Mój synu, Nie ma Werony.
Roztarłem pył ceglany w palcach. Oto co zostaje
Z wielkiej miłości do rodzinnych miast.

Pożegnanie, Czesław Miłosz

Ten pył ceglany - jego nie ma w rękach mojej sąsiadki. Jest w rękach, które wyrastają jej, gdy zasypia albo gdy tylko siedzi i zamyśla się nad czasem. Czerwony pył jak czerwona krew, ale to nie krew. Straciliśmy Litwę - kulturowo, duchowo, ale krew, nawet jeśli jest na naszych rękach, to nie jest taka ciężka. Inni noszą naszą krew. Ta krew, to ona sprawia, że nieoczywisty jest ten dylemat podmiotu lirycznego w wierszu Z. Herberta:

Chciałbym nareszcie wiedzieć
gdzie kończy się wmówienie
a zaczyna związek realny
czy wskutek przeżyć historycznych
nie staliśmy się psychicznie skrzywieni
i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków
czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem
wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych

Rozważania o problemie narodu, Zbigniew Herbert

Krew to poważna sprawa, tak nierozerwalnie związana z życiem. Dane nam jest życie. Również życie innych ludzi. Człowiek przeżywa dzięki swojej zdolności do zapominania. - tak napisał w Opowiadaniach kołymskich Warłam Szałamow. W kontekście jego utworów człowiek mógł przeżyć tylko dlatego, że zaraz po obejrzeniu okrucieństwa albo najgorszego ludzkiego upokorzenia, zaraz po zanurzeniu się w nim, potrafił o tym zapomnieć. Gdyby nie zapomniał - musiałby umrzeć przyciśnięty świadomością, musiałby oszaleć i zabijać wszystkich wokoło albo popełnić samobójstwo w zohydzeniu samym sobą. Tak, były obozy koncentracyjne, łagry - my też w tym uczestniczyliśmy, bo jesteśmy częścią tej cywilizacji, która do tego doprowadziła, częścią gatunku, który to wprowadził w rzeczywistość. Jednak, żeby żyć, żeby żyć dalej, musimy zapomnieć. Trochę zapomnieć.

Akslop

Akslop, może to jakieś duńskie miasto
jestem tu przejazdem, co prawda na
nieco dłużej, bo ministrowie rolnictwa
usiedli na bańkach z mlekiem i zatarasowali
wszystkie szosy. zdążono mnie trochę rozwałkować
lokalnymi osobliwościami, jak Diwron
czy Cziweżór. kochałem tutejsze dziewczyny,
policja parę razy pogoniła mnie po
chodnikach. mieszkańcy są bardzo serdeczni,
namawiają, żebym został na dłużej. obiecuję
wam, gdziekolwiek się znajdę, zawsze pamiętać będę
Akslop.

Miłosz Biedrzycki

Nie Litwa.

Pytania

Analizy, interpretacje i konteksty w sieci

Przypisy

  1. ^ Cytat za Mariusz Szczygieł, Życie jest mężczyzną, w "Gottland", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006

Źródło: "http://poewiki.vot.pl/index.php?title=Adam_Mickiewicz/Stepy_akerma%C5%84skie"

Ostatnio zmieniane o 09:58, 19 grudnia 2011


[PoeWiki]

Edytuj
Historia strony

Ostatnie zmiany
Losuj stronę
Lista uczestników
Co nowego?
Czerwony Pokój
Kategorie stron
Wszystkie strony


Co tu prowadzi?
Zmiany w powiązanych

Strony specjalne